19.04.2024, 19:57 ✶
– Nie trafiło mnie żadne zaklęcie – powiedział całkiem stanowczo, jednocześnie posyłając jej bardzo uparte spojrzenie, zupełnie jakby sugestia Brenny, że nie zauważył jakiegoś zaklęcia dodała mu na chwilę nowych sił. Co pewnie było głupie, bo skoro nie chwalił się na lewo i prawo swoim stanem zdrowia, o którym lepiej wiedzieli jedynie rodzina, bliżsi przyjaciele i jego magimedyk, to nie powinien się dziwić, że Brenna po prostu wysnuła logiczne wnioski. I jeszcze nie próbowała się z nim kłócić, co powinien docenić. W ogóle chyba w tym całym narzekaniu na nią powinien ją bardziej doceniać, ale była to myśl na nieco inny moment.
Już chciał powiedzieć, że nie musi go odprowadzać, ale się poddał. Wiedział, że nie uda mu się jej już oszukać, że nic mu nie było, a co do drogi powrotnej to... No cóż... Gdyby miał zemdleć po drodze to wolałby robić to w towarzystwie Brenny. Po pierwsze razem raźniej, po drugie liczył, że będzie gadać, a przydałoby mu się na czymś skupić myśli, a po trzecie przynajmniej miał kogoś, kto mógłby go uchronić przed rozbiciem sobie głowy. A Brenna wyglądała na czarownicę, której zaufałby, że nie dopuści do rozbicia jego głowy... A potem w niedalekiej przyszłości, sama rozbije swoją bo w końcu dalej chodziło o Brennę Longbottom.
Trzask.
Kolejny obraz spadł ze ściany. Zaczynał współczuć właścicielowi (całe szczęście, że akurat ten lokal nie należał do Prewettów), ale chyba naprawdę musieli już iść. Jeszcze dostanie dożywotni zakaz na grę tutaj, a całkiem lubił to miejsce.
– Pokątna. I możemy tak zrobić. Dziękuję – powiedział, odczuwając szczerą ulgę, że zaraz będzie mógł być u siebie. – Chodźmy. W sumie sam mam do ciebie pytanie. – Z tymi słowami szybko wstał, by pokazać, że wcale nie jest, aż taki umierający na jakiego wyglądał i jeszcze szybciej tego pożałował. Świat zaczął się kręcić, niczym na karuzelii w jakimś podejrzanym wesołym miasteczku, a Prewett musiał szybko oprzeć się o ścianę, aby nie stracić równowagi. – Ale może za minutę. – wymamrotał przymykając na chwilę oczy. – I nie, nie trafiło mnie zaklęcie.
Już chciał powiedzieć, że nie musi go odprowadzać, ale się poddał. Wiedział, że nie uda mu się jej już oszukać, że nic mu nie było, a co do drogi powrotnej to... No cóż... Gdyby miał zemdleć po drodze to wolałby robić to w towarzystwie Brenny. Po pierwsze razem raźniej, po drugie liczył, że będzie gadać, a przydałoby mu się na czymś skupić myśli, a po trzecie przynajmniej miał kogoś, kto mógłby go uchronić przed rozbiciem sobie głowy. A Brenna wyglądała na czarownicę, której zaufałby, że nie dopuści do rozbicia jego głowy... A potem w niedalekiej przyszłości, sama rozbije swoją bo w końcu dalej chodziło o Brennę Longbottom.
Trzask.
Kolejny obraz spadł ze ściany. Zaczynał współczuć właścicielowi (całe szczęście, że akurat ten lokal nie należał do Prewettów), ale chyba naprawdę musieli już iść. Jeszcze dostanie dożywotni zakaz na grę tutaj, a całkiem lubił to miejsce.
– Pokątna. I możemy tak zrobić. Dziękuję – powiedział, odczuwając szczerą ulgę, że zaraz będzie mógł być u siebie. – Chodźmy. W sumie sam mam do ciebie pytanie. – Z tymi słowami szybko wstał, by pokazać, że wcale nie jest, aż taki umierający na jakiego wyglądał i jeszcze szybciej tego pożałował. Świat zaczął się kręcić, niczym na karuzelii w jakimś podejrzanym wesołym miasteczku, a Prewett musiał szybko oprzeć się o ścianę, aby nie stracić równowagi. – Ale może za minutę. – wymamrotał przymykając na chwilę oczy. – I nie, nie trafiło mnie zaklęcie.