19.04.2024, 23:22 ✶
Już miał się o coś spytać, kiedy jego nogi uznały, że spotkanie ze ściana będzie znacznie bardziej atrakcyjnym pomysłem. Ale trzeba było przyznać, że to była naprawdę bardzo ładna ściana. Bordowo-złota. Brenna też musiała ją docenić.
Jaka to w ogóle była głupia sytuacja. On się słaniał na nogach, a ona próbowała go ratować. I jeszcze pewnie w jej oczach wychodził na osła, który uparcie przeczył temu, że nie dostał żadnym zaklęciem, gdy wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na coś zupełnie innego. Gdyby ich role były odwrócone to pewnie właśnie by klnął na nią, że nie chce mu powiedzieć, że coś ją trafiło. Z tym, że jego akurat naprawdę nic nie trafiło.
– Tak. W szatni. Wiesz jak wygląda? I um... – Mieszkał sam zgodnie z zasłyszaną kiedyś madrością, że jeśli chciało się mieć, jakkolwiek dobre relacje ze swoimi rodzicami należało się wyprowadzić. Nie byli jednak daleko. – Nie, ale jeśli będzie gorzej to mogę wezwać brata lub rodzinną skrzatkę. Mają blisko i wiedzą co robić– wymamrotał nieco kłamliwie, bo nie chciał, by jego rodzina, no dobrze jego matka, dowiedzieli się, że zasłabł.
Nie, o ile nie będzie bardzo źle to lepiej było założyć płaszcz, dać się grzecznie odprowadzić, wziąć leki i pójść spać. Basilius zmarszczył brwi. Płaszcz...
Aż miał ochotę walnąć się tą ścianą w głowę. Płaszcz. Przecież miał płaszcz. A w płaszczu eliksir, specjalnie na takie okazje, który może nie pomoże jakoś bardzo, ale przynajmniej na chwilę postawi go na nogi. Jak bardzo był zamroczony, że o tym nie pomyślał?
– Brenno poczekaj chwilę – zaczął ściszając głos, wciąż bardziej opierając się na ścianie, niż na własnych nogach. – W płaszczu jest coś, co muszę zażyć by poczuć się lepiej.
Hah. Czy jemu się zdawało, czy właśnie zabrzmiał jak narkoman? Tak. Chyba właśnie zabrzmiał jak narkoman. Naprawdę nie chciał wyjść przy Brennie na narkomana. Bo przecież nie był narkomanem, tak samo, jak nie dostał dzisiaj żadnym zaklęciem. Westchnął cicho i milczał przez chwilę. Nie przepadał za opowiadaniem o tym, ale uznał, że lepiej wyjaśnić swój stan. – Ja... To nie zaklęcie. To hm... Mam pewne problemy zdrowotne. Z sercem. – W duchu prosił, by Brenna teraz nie panikowała, że groził mu zawał. Nie groził mu zawał. Tak samo, jak nie dostał dzisiaj zaklęciem. – Włochatość. – Nie był szczególnie pewny, czy jednak nie zemdleje. Wołał, by obok był ktoś, kto powie uzdrowicielom dokładnie co się z nim działo. – W płaszczu mam eliksir wzmacniający. Powinien pomóc na jakiś czas.
Może był głupi, ale nie mógł się powstrzymać, by nie rzucić jej spojrzenia pod tytułem Mówiłem, że to nie zaklęcie.
Jaka to w ogóle była głupia sytuacja. On się słaniał na nogach, a ona próbowała go ratować. I jeszcze pewnie w jej oczach wychodził na osła, który uparcie przeczył temu, że nie dostał żadnym zaklęciem, gdy wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na coś zupełnie innego. Gdyby ich role były odwrócone to pewnie właśnie by klnął na nią, że nie chce mu powiedzieć, że coś ją trafiło. Z tym, że jego akurat naprawdę nic nie trafiło.
– Tak. W szatni. Wiesz jak wygląda? I um... – Mieszkał sam zgodnie z zasłyszaną kiedyś madrością, że jeśli chciało się mieć, jakkolwiek dobre relacje ze swoimi rodzicami należało się wyprowadzić. Nie byli jednak daleko. – Nie, ale jeśli będzie gorzej to mogę wezwać brata lub rodzinną skrzatkę. Mają blisko i wiedzą co robić– wymamrotał nieco kłamliwie, bo nie chciał, by jego rodzina, no dobrze jego matka, dowiedzieli się, że zasłabł.
Nie, o ile nie będzie bardzo źle to lepiej było założyć płaszcz, dać się grzecznie odprowadzić, wziąć leki i pójść spać. Basilius zmarszczył brwi. Płaszcz...
Aż miał ochotę walnąć się tą ścianą w głowę. Płaszcz. Przecież miał płaszcz. A w płaszczu eliksir, specjalnie na takie okazje, który może nie pomoże jakoś bardzo, ale przynajmniej na chwilę postawi go na nogi. Jak bardzo był zamroczony, że o tym nie pomyślał?
– Brenno poczekaj chwilę – zaczął ściszając głos, wciąż bardziej opierając się na ścianie, niż na własnych nogach. – W płaszczu jest coś, co muszę zażyć by poczuć się lepiej.
Hah. Czy jemu się zdawało, czy właśnie zabrzmiał jak narkoman? Tak. Chyba właśnie zabrzmiał jak narkoman. Naprawdę nie chciał wyjść przy Brennie na narkomana. Bo przecież nie był narkomanem, tak samo, jak nie dostał dzisiaj żadnym zaklęciem. Westchnął cicho i milczał przez chwilę. Nie przepadał za opowiadaniem o tym, ale uznał, że lepiej wyjaśnić swój stan. – Ja... To nie zaklęcie. To hm... Mam pewne problemy zdrowotne. Z sercem. – W duchu prosił, by Brenna teraz nie panikowała, że groził mu zawał. Nie groził mu zawał. Tak samo, jak nie dostał dzisiaj zaklęciem. – Włochatość. – Nie był szczególnie pewny, czy jednak nie zemdleje. Wołał, by obok był ktoś, kto powie uzdrowicielom dokładnie co się z nim działo. – W płaszczu mam eliksir wzmacniający. Powinien pomóc na jakiś czas.
Może był głupi, ale nie mógł się powstrzymać, by nie rzucić jej spojrzenia pod tytułem Mówiłem, że to nie zaklęcie.