18.12.2022, 20:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2023, 19:20 przez Morgana le Fay.)
Rozliczono - Sauriel Rookwood - Piszę, więc jestem
Carol of the Bells
theme
theme
Każdy miewa czasem gorszy dzień. A Sauriel? Sauriel miał gorszy dzień. Tydzień. Miesiąc!
... Kurwa.
Sauriel miał po prostu gorsze życie.
[...] bo każdy szanujący się katolik pamiętał, by dnie święte święcić. W tym wspaniałym kraju, wiecznie zasłoniętej chmurami Anglii, która winna być rajem (albo chociaż piwem) dla wyklętych spod gwiazdy Życia i podetkniętych do kołyski Śmierci, każdy przecież był katolikiem. Nie, przepraszam! Chrześcijaninem? Głęboko zakorzeniona wiara kwitła w ludzkich sercach i sprawiała, że dokonywaliśmy głupich, bardzo głupich rzeczy. Jednego dnia zmawiasz pacierz przed obrazem Matuli Boskiej, drugiego bierzesz kawałek patyka w dłoń bo mówią ci, że prawdziwy Katolik mordować będzie dla Pana Twojego i Zbawcy Twego Jedynego. Voldemorta. Zabawne, prawda? Wierzyli mugolacy, że mogą osiągnąć wszystko i wierzyli ci dobrzy, że dobro ich zawsze wygra. Przecież jakby Bóg chciał inaczej, to inaczej by ten świat zaprojektował. Twierdziły tak wszystkie baśnie, że wystarczy chcieć, a porządek zawsze prędzej czy później opanowywał świat. Tylko... pytanie czy opanuje go i tym razem odpowiednio wcześnie, żeby ktokolwiek z nas tego dożył.
Pamiętając więc, że święta należy święcić, że trzeba uhonorować anglosaskie tradycje, oto był ten dzień - dla Anglików najważniejszy. Nie Wigilia, jak dla całego normalnego świata. Nie. Msza Chrystusa była wczoraj - każdy więc dreptał do kościółka, by jego głowa została zroszona wodą święconą, a potem grzecznie pakowało się śliczne prezenciki. Wiedzieliście, że tradycja ta pochodziła jeszcze ze średniowiecza? Jakże hojny zwyczaj! Bogaci rozdają biednym. A jednak gdzieś się wplotło w to plugastwo, bo wiara w czary. Miał być Mikołaj, czy tam Gwiazdor - zwał jak zwał. Dziś? Dziś każdy chciał tylko usiąść z bliskimi przy stole. I śpiewano kolędy. Stoły były zastawione potrawami i można było zaprosić rodzinę. Każdy przyniósł coś od siebie i takim sposobem stoły trzeba było zestawiać, bo nic się już nań nie mieściło. Uginały się pod ciężarem dobroci. Choinka lśniła od magicznych światełek, które odbijały się w pięknych, dmuchanych bombkach. Powietrze pachniało igliwiem i sianem schowanym pod obrusem. Świece paliły się, a ich długie szyje krwawiły woskiem. Kropla za kroplą. Kropelka za kropelką...
Zimne, pokryte częściowo lodem, częściowo śniegiem ulice miasta wyglądały pięknie w tę noc. W każdym oknie paliło się światło, gdzie nie zerkniesz tam rodzinna fiesta. Jedni się śmiali, inni dyskutowali. Pewnie był też dom, gdzie na stole było pusto, a ojciec dogaszał peta, żeby rzucić pustą butelką w swoją żonę. Ludzkie tragedie wydawały się jednak cichnąć i wygasać w tę jedną, jedyną w roku noc. Noc, w której przecież przemawiać miały zwierzęta ludzkim głosem.
Żaden pijak nie chciał się jednak przekonać, czy przemierzający ulicę miasta Czarny Kot w tę magiczną noc odpowie mu: spierdalaj.
Rozpalała go gorączka. To dziwne, bo przecież nie powinna. Ubrany w zdecydowanie zbyt cienkie ciuchy jak na środek nocy. Jak na to, że para buchała z ust przy każdym oddechu. I skoro oddychać mu przychodziło, to oddychał jak najlepiej mógł. Głęboko. Nie tylko ulice miasta były opustoszone. Mung w tę noc również świecił pustkami i spokojem. Ci, co mieli posnąć, już posnęli. Większość lekarzy udała się do swoich domów, pacjenci, którzy mogli, pojechali do krewnych, a ci, którzy zostać musieli, dawno już spali. Gdyby nie pojedyncze światła w korytarzach miejsce to jako jedno z niewielu w mieście wydawałoby się przeklęte. Zaklęte w zimowym, głuchym śnie. Ale ten, który zakradł się do wnętrza tej śpiącej bestii dobrze wiedział, że nic bardziej mylnego. Mung nigdy nie spał w pełni. Zawsze czuwał. W przeciwieństwie do nieproszonego gościa, którego dłonie się trzęsły, by pojąć, że on cały dygotał. I to nie z powodu zimna.
Ubrany w czarną ramoneskę mężczyzna trzymał w dłoni niewielki słoiczek z pastylkami i z zewnątrz wyglądało to tak, jakby starał się przeczytać, co jest napisane na jego ulotce. Tylko nie mógł skupić na niej wzroku - bo coś go rozmywało, bo wszystko było niewyraźne i zbyt wyraźne jednocześnie. Potarł wolną ręką oczy, mrugając mocno, gdy niechlujnie odstawił naczynie na półkę i przesunął resztę słoików - jeden, drugi, czwarty. Przecież musi gdzieś tu być. Cokolwiek. Gdziekolwiek. Jakkolwiek. Trawiła go ta gorączka, która nie pozwalała myśleć - więc myśl była sfokusowana tylko na jednym. Na ugaszeniu tego pożaru. I nie zrozumiałby tego chyba nikt - bo przecież śmiertelnie blada skóra była zimna w dotyku. Nie płynęła przez nią krew - nie mógł więc gorączkować. A jednak. Włamanie do szpitala, do miejsca, gdzie przechowywali eliksiry i medykamenty w każdy normalny dzień wydawałaby mu się poniżej jego poziomu. Ale chyba pomyślałby tak jeszcze rok temu. Albo nie? Może wtedy nawet nie wpadłby na taki pomysł? Teraz zaś było mu wszystko obojętne - szpital wydawał się najprostszym i najszybszym sposobem na zdobycie czegokolwiek co pozwoli ukoić ból. Chociaż na parę chwil.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.