21.04.2024, 12:56 ✶
Eliksir postawił go na nogi, czy raczej sprawił, że jego nogi przestały odmawiać mu posłuszeństwa na tyle, by po chwili wstał i powolnym krokiem ruszył wraz z Brenną do wyjścia, po drodze rzucając jeszcze przepraszające spojrzenie właścicielowi kasyna. Naprawdę lubił ten lokal. Miał nadzieję, że dzisiejszy dzień nie był jednak jego końcem. Może powinien, w ramach wsparcia, zakupić losy na tamtą loterię i.. Nie. To zdecydowanie nie był dobry moment.
Mroźne zimowe powietrze nieco go otrzeźwiło, a on poczuł ulgę, gdy wreszcie znaleźli się na zewnątrz. Jeszcze chwila, a będzie już mógł położyć się we własnym łóżku i dopiero jutro zdać sobie w pełni sprawę z tego, jak bardzo nie udało mi się oszukać dzisiaj przeznaczenia. Na razie ta myśl, chociaż mocno obecna w jego głowie, była nieco przytłumiona przez inne problemy.
Uśmiechnął się na historyjkę o Terrym, kimkolwiek on by nie był. Sam na jego miejscu pewnie nie dostałby załamania nerwowego, chyba że byłby strasznie przemęczony, ale na pewno wkurzyłby się, że jest głodny, a ktoś tu psuje mu dobry smak kanapki jakąś szynką, lub gorzej… Kiełbasą.
– Ja… – zaczął otulając się ciepłej szalikiem. Zima miała tej jeden mankament, że była zimna.
Miał wrażenie, że nie ważne co by powiedział zabrzmi to głupio, ale dzisiaj wyjątkowo mógł zawsze skłamać, że to kiepskie samopoczucie pokierowało jego myśli w bezsensownym kierunku. – Zdajesz sobie sprawę, że to trzeci piątek trzynastego, kiedy na siebie wpadamy? Trzeci z rzędu. – A może przesadzał. To był pewnie zwykły zbieg okoliczności. Zresztą, czy dzisiaj tak właściwie mogło się pełnoprawnie liczyć w porównaniu z resztą tych wszystkich dziwnych sytuacji? W końcu daleko było temu do jej przypadków. Żadnych robaków, żadnych psujących się studentów i żadnych pradawnych klątw. Bójka w kasynie była przecież czymś co mogło się wydarzyć, tak samo jak to, że źle się czuł po czymś takim. Gdyby Brenna dostała jeszcze trzema innymi klątwami, szanse że znowu trafiłaby się jej jakaś antyczna (nawet jeśli chodziło o Brennę) były raczej niewielkie. Gdyby on wdał się w jeszcze trzy inne bójki, to efekt byłby raczej zawsze taki sam. Może rzeczywiście przesadzał, a to wcale nie była dziwna sytuacja.
– Możemy spróbować zrobić to dzisiaj – odpowiedział, wpatrując się niemal cały czas pod nogi bardziej, niż zwykle uważając by się nie poślizgnąć. Zdawał sobie sprawę, że jego krok był pewnie irytująco powolny, ale nic nie mógł na to w tej chwili poradzić. – Nie mogę przypomnieć sobie jego imienia, ale to był chyba taki blondyn w ciemnym garniturze. Ten co miał… Na Matkę jak to się nazywa? – Czy słowa zawsze tak łatwo się zapominały, czy była to jednak kwestia dzisiejszego dnia? – A tak. Łzę. Namalowaną łzę na policzku. A właśnie. Jeśli zacznie mi lecieć krew z nosa to to nic takiego.
Mroźne zimowe powietrze nieco go otrzeźwiło, a on poczuł ulgę, gdy wreszcie znaleźli się na zewnątrz. Jeszcze chwila, a będzie już mógł położyć się we własnym łóżku i dopiero jutro zdać sobie w pełni sprawę z tego, jak bardzo nie udało mi się oszukać dzisiaj przeznaczenia. Na razie ta myśl, chociaż mocno obecna w jego głowie, była nieco przytłumiona przez inne problemy.
Uśmiechnął się na historyjkę o Terrym, kimkolwiek on by nie był. Sam na jego miejscu pewnie nie dostałby załamania nerwowego, chyba że byłby strasznie przemęczony, ale na pewno wkurzyłby się, że jest głodny, a ktoś tu psuje mu dobry smak kanapki jakąś szynką, lub gorzej… Kiełbasą.
– Ja… – zaczął otulając się ciepłej szalikiem. Zima miała tej jeden mankament, że była zimna.
Miał wrażenie, że nie ważne co by powiedział zabrzmi to głupio, ale dzisiaj wyjątkowo mógł zawsze skłamać, że to kiepskie samopoczucie pokierowało jego myśli w bezsensownym kierunku. – Zdajesz sobie sprawę, że to trzeci piątek trzynastego, kiedy na siebie wpadamy? Trzeci z rzędu. – A może przesadzał. To był pewnie zwykły zbieg okoliczności. Zresztą, czy dzisiaj tak właściwie mogło się pełnoprawnie liczyć w porównaniu z resztą tych wszystkich dziwnych sytuacji? W końcu daleko było temu do jej przypadków. Żadnych robaków, żadnych psujących się studentów i żadnych pradawnych klątw. Bójka w kasynie była przecież czymś co mogło się wydarzyć, tak samo jak to, że źle się czuł po czymś takim. Gdyby Brenna dostała jeszcze trzema innymi klątwami, szanse że znowu trafiłaby się jej jakaś antyczna (nawet jeśli chodziło o Brennę) były raczej niewielkie. Gdyby on wdał się w jeszcze trzy inne bójki, to efekt byłby raczej zawsze taki sam. Może rzeczywiście przesadzał, a to wcale nie była dziwna sytuacja.
– Możemy spróbować zrobić to dzisiaj – odpowiedział, wpatrując się niemal cały czas pod nogi bardziej, niż zwykle uważając by się nie poślizgnąć. Zdawał sobie sprawę, że jego krok był pewnie irytująco powolny, ale nic nie mógł na to w tej chwili poradzić. – Nie mogę przypomnieć sobie jego imienia, ale to był chyba taki blondyn w ciemnym garniturze. Ten co miał… Na Matkę jak to się nazywa? – Czy słowa zawsze tak łatwo się zapominały, czy była to jednak kwestia dzisiejszego dnia? – A tak. Łzę. Namalowaną łzę na policzku. A właśnie. Jeśli zacznie mi lecieć krew z nosa to to nic takiego.