Prorok Codzienny stanowił jedno z cenniejszych źródeł informacji. Temu nie dało się zaprzeczyć. Zarazem jednak nie był źródłem jedynym. Na temat ostatnich wydarzeń, bardzo dużo można było usłyszeć od ludzi. Przebywając w kraju, wiele dało się też zaobserwować samemu. To przecież nie tak, że za każdym jednym razem władze były w stanie to wszystko starannie zamieść pod dywan.
- Skoro tak bardzo wierzy pan w Ministerstwo Magii, w to że faktycznie działają, dlaczego nie poprosi pan o komentarz jego pracowników? - zamiast tracić czas na dalsze przepychanki, na próby wytłumaczenia pewnych kwestii, zadał pytanie. Proste. Może nawet całkiem celne? W końcu kto byłby w stanie powiedzieć więcej, niż pracownik Ministerstwa, będący ze wszystkim tym na bieżąco? Zakładając nawet, że pewnych informacji brygada lub aurorzy ujawnić nie mogą, nadal istnieje całkiem sporo pytań, na których odpowiedzieć mogą. Może nawet byłoby to w ich interesie?
Nie chciał dłużej tego ciągnąć, dlatego cokolwiek Isaac odpowiedział, jedynie się uśmiechnął. Pokiwał głową z pewną pobłażliwością - typową dla człowieka, który był starszy, bardziej doświadczony, przekonany o tym, że ma racje. Bo przecież Robert Mulciber miał racje zawsze. A jeśli jakimś cudem jednak jej nie miał, spójrz na punkt pierwszy.
- Jeśli chciał pan poznać moje zdanie na temat sytuacji w kraju, trzeba było zabrać się za to inaczej. - stwierdził, nie reagując w żaden sposób na przeprosiny. Jeśli je przyjął, to nie powiedział nic na ten temat. Nie zająknął się nawet słowem. Po prostu zakończył ten temat, nie uważając, żeby ciągnięcie tego miało sens. Prowadziło donikąd. Było kolejną bzdurą, na które Robert nie zamierzał tracić czasu. Cennego czasu. - Proszę już to zostawić. - dodał jeszcze. Tak dla pewności, że będzie to zrozumiałe.
Julius. Cholerny Julius Mulciber. Oczywiście, że to musiało wypłynąć. O ile na początku chciał temat uciąć i raz jeszcze poprosić o to, żeby wrócili do kadzideł i świec, dobili interesu, to pytanie o dalekiego krewnego odrobinę wyprowadziło go z równowagi. Otworzył usta, zaraz po tym zamknął. To co chciał powiedzieć w pierwszym odruchu, teraz zdawało się nieodpowiednie. Chwilę zeszło mu ze znalezieniem odpowiednich słów.
- Próbuje pan wejść z butami w moje prywatne życia. Nie podoba mi się to, panie Bagshot. - zakomunikował wreszcie. Stanowczo. Nie pozostawiając wiele miejsca na domysły. Przekaz był jasny. Za taki uważał go Robert? - Z pewnością odbiło się to na naszym biznesie, na sprzedaży, dlatego byłby wdzięczny za dokończenie wyboru towaru z katalogu. Chyba, że nie jest pan zainteresowany zakupem, ale muszę w tym miejscu zaznaczyć, że będę w takim przypadku bardzo zawiedziony tym, że w taki sposób zmarnował pan mój cenny czas, narażając mnie na straty. - ton głosu nie pozostawiał wiele miejsca na domysły. To w jaki sposób rozegrał to Robert, wbrew pozorom dość dużo mówiło o wszystkim. O tym co myślał; o tym, że sprawa Juliusa musiała być dla niego i jego bliskich czymś problematycznym. Bo gdyby nie była... czy reagowałby w taki sposób? Tak ostro?