Bo kto mógłby pokochać bestię?
♫
7 sierpnia 1972, po zmierzchu
– Sauriel & Victoria –
Prawdę powiedziawszy, po tym jak było, Victoria nie spodziewała się żadnego zaproszenia nigdzie. Nie spodziewała się, nie oczekiwała, nie śmiała nawet o tym marzyć, gdy Sauriel „postawił” swoją granicę w tak brutalny zwłaszcza dla siebie sposób i odsunął się od Victorii, a Victorię od siebie. Nie znaczyło to, że nie chciała się z nim widywać, bo chciała, albo że nie chciała z nim gdzieś wychodzić, bo chciała. Chciała to, i wiele więcej, ale nie zamierzała o to prosić, ani tym bardziej żebrać, była po pierwsze na to zbyt dumna, a po drugie, jej desperacja sięgała w innym kierunku. Zbyt mocno też szanowała Sauriela, żeby bawić się w jakieś takie gierki – zresztą jak by to o niej świadczyło? Miała intencje szczere i czyste, tak zresztą jak uczucia, które próbowała zepchnąć gdzieś w kąt i cień, a one i tak sobie rosły, nie zważając na kiepskie warunki, jakie im zafundowała.
Może przez to rosły silniejsze – bo przywykłe do małej ilości tych wszystkich rzeczy, jakie potrzebowały? Nie zastanawiała się nad tym. Tak samo jak nie bardzo wiedziała, co się zmieniło, że któregoś razu, gdy minęła się z Saurielem we własnym domu, bo wróciła z pracy, a on grzecznie pilnował jej kota, ten oznajmił, że ma się przygotować, bo idą do zamku.
Można sobie tylko wyobrazić zaskoczenie Victorii, które było odwrotnie proporcjonalne do tego, co okazała na zewnątrz: czyli uniesienie jednej brwi. Ale Sauriel znowu zaczął coś paplać o jakimś Disneylandzie, potem czy słyszała o opuszczonym zamku, w którym podobno straszy, ale że to chyba ściema, bo ludzie się tam… może nie tłumnie, ale wybierają i jakoś nikt tam nie padł na zawał i tak dalej. A jak sobie coś Sauriel umyślił i utentegował, to nie ma zmiłuj, nie tak łatwo mu to było potem wybić z głowy, zaś to… nie brzmiało znowu tak źle? Victoria może coś tam o zamku słyszała, może obiło jej się o uszy, może ktoś gadał o tym na stołówce w Ministerstwie, że pisali w Czarownicy o dobrym miejscu na schadzki, bo zamek to tak romantycznie – ale jak jej to do głowy wpadło, tak wypadło i teraz, gdy Sauriel uznał to za wspaniały pomysł, to miała mieć dwie możliwości: odmówić, albo… Popłynąć z nurtem.
Dlaczego miałaby mu odmawiać, tym bardziej że chciała spędzić z nim czas? Już dawno nigdzie nie byli razem, a Sauriel chyba miał ciągoty do… „nawiedzonych” miejsc. Albo razem mieli – popijawa na cmentarzu, dom-widmo, dziewczynka z zapałkami… Dopełnieniem faktycznie byłby nawiedzony zamek. Właściwie, to była zaskoczona, że Sauriel ją gdzieś zapraszał, ale to było miłe, tak, nawet bardzo. Tego dnia może nawet nieco więcej się uśmiechała. A co się zmieniło? Bo chyba nie chodziło o to, że umierała – Sauriel zdawał się nie przyjmować tego do wiadomości, więc może chodziło o to, że na pewien sposób spędzali ze sobą więcej czasu przez jej kota? I jakoś… samoistnie się to zadziało, że Sauriel uznał, że chce z nią połazić po opuszczonym zamku?
I w ten właśnie sposób, w ten sierpniowy poniedziałek, wieczorem przenieśli się kominkiem w jej domu do jakiejś wiochy na wypizdowie, skąd musieli się jeszcze przejść dobre dwa kilometry po pagórkowatym terenie, całkowicie niedotkniętym ludzką ręką, bo żadne z nich nie wiedziało do końca gdzie dokładnie się teleportować. Ale zamek faktycznie tam był, dokładnie tak opuszczony jak mówiono. Na tle lasu i księżyca, który zdążył już wpełznąć na niebo, rzeczywiście miał w sobie coś upiornego.
Sauriel przynajmniej ją ostrzegł, dokąd idą, więc nie odjebała się jak szczur na otwarcie kanału, nie założyła szpilek, tylko buty, które nadawały się do wygodnego chodzenia. Ale spodnie czy koszula, nadal wyglądały schludnie i na pewien sposób szykownie. Może to przez ten czerń? Musieli sobie drogę rozświetlać zapaloną różdżką, a i tak Victoria kilka razy się potknęła i musiała złapać Sauriela, przepraszając go za to za każdym razem. Na szczęście nie szli w ciszy. Lestrange opowiadała coś tam o tych zabawniejszych elementach z pracy, o tym, co Luna znowu głupiego zrobiła i tak dalej.
– Mam nadzieję, że w środku będzie coś wartego uwagi – zamarudziła, ale nie dlatego, że była niezadowolona; raczej po prostu dla zasady. – To w końcu cała wyprawa – ale liczyła się z tym. Z tym że wrócą bardzo późno w nocy, albo w ogóle nad ranem – również. Odgarnęła kosmyk włosów, który wyrwał się z eleganckiego warkocza francuskiego i uśmiechnęła się do Sauriela. – To co… panowie przodem?