Rodzeństwo Longbottom. Sauriel by się nie przyznał, że Erikowi dawałby okejki na ulicy za jego bycie istną ikoną współczesnego pojęcia bohatera, tak samo Brennie. Tylko Brennie dodatkowo wysyłał psie chrupki, jako że był z niej pies bardzo dobry i uczynny. To znaczy - policjant. Znaczy - brygadzista. Ach, jeden pies. Brenna była na tyle uczynna i użyteczna, że nawet posprzątała za niego czasem bałagan, którego chciał się pozbyć, tylko ona sama niekoniecznie wiedziała, że skorzystał z jej poczucia prawości i potrzeby dobrego wykonywania obowiązków. Kto powiedział, że gliny nie były mile widziane na Nokturnie? Były, jeszcze jak! Tylko nie mogły węszyć tam, gdzie nie potrzeba, bo potem trafiało się w kajdankach do ciupy, kradziono ci twoją ramoneskę i jeszcze musiałeś być sobie samemu prawnikiem. Szkoda, że nie zdołał tym nadmiernie zirytować panny Longbottom, które, swoją drogą, ewidentnie przydałby się seks. Jak każdej kobiecie, która albo miała kij w dupie, albo z drugiej strony za bardzo miotała się na prawo i lewo i ewidentnie nie wiedziała, co to znaczy "odpocząć". I o tym wszystkim w życiu by nie powiedział panu Longbottomowi! Można być odważnym, no ale Sauriel to był odważny na 95%. Albo nie - na 70. Skoro Stanley zawsze dawał z siebie całe 30% to on mógł dawać jakieś... nie, to się dalej nie kalkulowało. Nigdy nie był wybitny z numerologii. O ile to miało cokolwiek wspólnego z numerologią. W każdym razie! Nigdy nie mów nigdy, ale zdecydowanie większość z tego, co przechodziło przez jego mózg nie wypowiedziałby przy tym człowieku z prostej przyczyny - mógł wkurwiać każdego, no ale brygadzistę? Żeby potem przykleił ci się jak rzep do kociego futra? Nie, nie! Wbrew obiegowej opinii miał jakiś instynkt samozachowawczy. Jakiś.
- Zajebiście. Zawsze lepiej, jak ktoś cierpi razem z tobą. - Zgodnie z zasadą, że czujesz ulgę, no bo "inni mają gorzej". Nie mówił tego w żadnym wypadku poważnie, ale niekoniecznie dowcip mógł być wyłapany przez wszystkich, bo mówił to tak samo, jak wszystko inne - tonem brzmiącym na znudzony. W gruncie rzeczy - był cyniczny. - Nie, właśnie to wymyśliłem, a za eliksiry miałem Trolla. - Z prawą jak z dupą - każdy miał własną. Z humorem bywało gorzej, bo niektórzy osiągali poziom mułu, a inni jeszcze niżej i odnajdowali w mule podłogę. Tym nie mniej uśmiechnął się tak, żeby potwierdzić, że własny żart bawi najbardziej.
- Wohooo..! Zatrzymaj się, bracie. - Uniósł brwi i w jego głosie teraz pobrzmiał wręcz śmiech, kiedy spojrzał czarnymi oczami na mężczyznę. - Z ciepłego fotelika na szczycie nie schodzi się do plebsu. - Zdarzały się takie ewenementy, ale było ich mało. Nigdy nie poznał bezpośrednio Minister Magii, ale nie było mu też do niej śpieszno. Nic go nie obchodziła. - To nic złego. Siedząc na górze masz większe zmartwienia i odpowiedzialność, żeby musieć jeszcze zawracać sobie głowę takim gównem. - Zwrócił swój wzrok na ludzi kręcących się po tym miejscu, kiedy wspomniał o zderzeniu się z rzeczywistością. Tutaj... tu było spokojnie. W porównaniu z miejscach i rzeczami, które Rookwood widział - zbyt spokojnie. - 200 samochodów kończy w wielkim wypadku na drodze do Cheshire, dziesiątki rannych, kilkunastu zabitych. Rozpierdol na Beltane i chuje muje dzikie węże z jakimś Czarnym Dzbanem... a ty kurwa mówisz o zderzeniu z codziennością tego? - Nie powiedział tego z wyrzutem - powiedział to z rozbawionym uśmieszkiem na ustach, pokazując rękoma te kolejki. - Już cię lubię.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.