19.12.2022, 22:19 ✶
Tragedia? To chyba… była już tragedia, niezależnie od tego, co postanowił i co zrobił. Nora zniknęła z pola jego widzenia już całkowicie, więc dzisiaj już pewnie nie otrze jej łez, nie zapyta o dziwne, posłane mu jakiś czas temu spojrzenie, nie dowie się, jak minął jej czas po tym, jak ich drogi się rozeszły. Tak pewnie było lepiej.
Lepiej dla Nory.
Dla Moody’ego absolutnie nic, co miało tu miejsce, nie było dobre. Niektórych emocji nie powinno się rozpalać po tak długim czasie, nie powinno się też wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Nie rozumiał więc do końca, dlaczego przyszło mu przyjąć uśmiech Eden Lestrange z taką łatwością - jakby ich wcale nie dzieliło wiele lat milczenia, pięć garści niezrozumienia i jakiś taki nieopisany ból, co go niby przełknął, ale gdzieś w głowie to nadal siedziało - świadomość porażki, jaką było niewykonanie żadnego ruchu w czasie, w którym mógł mieć jakikolwiek większy wpływ na ich przyszłość. Dzisiaj pani Lestrange, chociaż wciąż tak podobna do siebie z przeszłości, była trochę jak nieuchwytna mgła, jak duch, jak słodkie wspomnienie i w pierwszej chwili nawet nie pomyślał o tym, że to wciąż mogłoby być coś więcej. Może dlatego tak nierozważnie jej dotknął, rzucał odważnymi propozycjami… Bo to przecież było trochę jak sen, z którego obudzi się o wiele szybciej, niż by chciał.
– Pytasz dla koleżanki zamienionej w bobra, czy dla siebie?
Żart zabrzmiał w jego ustach trochę gorzko. Nie był już jednak aż tak młody, żeby dać po sobie poznać narastające w środku zmieszanie. Uśmiech utrzymał się na jego wargach aż do teraz - do momentu, w którym oczy Eden zgasły.
– Nie musisz mnie okłamywać, ale nie musisz też milczeć.
Chciał w tych słowach zawrzeć wiele. Zachętę do zaufania mu, bo mógłby zostać całkiem niezłym ramieniem do wypłakania się w chwili kryzysu lub zwykłego zwątpienia, ale nie umiał ująć tego w bardziej bezpośredni sposób. Ostatecznie niewiele ich kiedyś łączyło poza pracą. Czas utkał pomiędzy nimi nić sympatii i zainteresowania, gdzieś na mapie czasu potrafili się tu i ówdzie o coś pokłócić, a później wrócić do dawnego trybu funkcjonowania, co było niejako dowodem ich bliskości – to jednak nigdy nie stało się czymś więcej. Byli sobie jednocześnie bliscy i dalecy, być może dlatego, że oboje lubili wolność, ale ta wolność się stawała naprawdę ciężka do zniesienia, kiedy się nie miało o kogo oprzeć, kiedy rzeczywistość stawała się szorstka. Ubóstwiana cisza stawała się niczym kajdany wokół nóg, trzymające w miejscu.
Alastor nie poszukiwał Williama wzrokiem. Właściwie, to nawet o nim nie pomyślał, a może powinien? Jego oczy pognały tam, gdzie myśli – do jej nieoczekiwanej reakcji, do oczu, w których chyba wrócił blask, do twarzy nabierającej kolorytu.
Westchnął.
– Jestem w tym lepszy, niż myślisz – ale pewnie wciąż gorszy od ciebie.
Była to prawda.
Kiedy poprowadził ją do tego tańca, w jego krokach dało się zauważyć dobre poczucie rytmu. Moody nie był głuchy na muzykę, ale bale nie były czymś, z czym miał wcześniej dużo styczności. Jego ruchy były ciężkie i silne tak jak i on – miały w sobie jednak jakąś nutę miękkości, wyczuwalną nawet mimo szorstkiej ręki ujmującej o wiele bardziej delikatną dłoń. To nie było jego miejsce. Czułby się lepiej w którymś ze śmierdzących papierosami barów, gdzie wszyscy bujali się w rytmie o wiele mniej idealnej kapeli i nie zwracali na nikogo uwagi. Gdzieś, gdzie nie trzeba było być aż tak perfekcyjnym, gdzie nie było błysków fleszy, krzywych spojrzeń i nikt nie znał takiego słowa jak konwenanse.
Ale tej jeden raz. Jeden, jedyny raz. Mógł zrobić wyjątek. Dla niej.
Lepiej dla Nory.
Dla Moody’ego absolutnie nic, co miało tu miejsce, nie było dobre. Niektórych emocji nie powinno się rozpalać po tak długim czasie, nie powinno się też wchodzić drugi raz do tej samej rzeki. Nie rozumiał więc do końca, dlaczego przyszło mu przyjąć uśmiech Eden Lestrange z taką łatwością - jakby ich wcale nie dzieliło wiele lat milczenia, pięć garści niezrozumienia i jakiś taki nieopisany ból, co go niby przełknął, ale gdzieś w głowie to nadal siedziało - świadomość porażki, jaką było niewykonanie żadnego ruchu w czasie, w którym mógł mieć jakikolwiek większy wpływ na ich przyszłość. Dzisiaj pani Lestrange, chociaż wciąż tak podobna do siebie z przeszłości, była trochę jak nieuchwytna mgła, jak duch, jak słodkie wspomnienie i w pierwszej chwili nawet nie pomyślał o tym, że to wciąż mogłoby być coś więcej. Może dlatego tak nierozważnie jej dotknął, rzucał odważnymi propozycjami… Bo to przecież było trochę jak sen, z którego obudzi się o wiele szybciej, niż by chciał.
– Pytasz dla koleżanki zamienionej w bobra, czy dla siebie?
Żart zabrzmiał w jego ustach trochę gorzko. Nie był już jednak aż tak młody, żeby dać po sobie poznać narastające w środku zmieszanie. Uśmiech utrzymał się na jego wargach aż do teraz - do momentu, w którym oczy Eden zgasły.
– Nie musisz mnie okłamywać, ale nie musisz też milczeć.
Chciał w tych słowach zawrzeć wiele. Zachętę do zaufania mu, bo mógłby zostać całkiem niezłym ramieniem do wypłakania się w chwili kryzysu lub zwykłego zwątpienia, ale nie umiał ująć tego w bardziej bezpośredni sposób. Ostatecznie niewiele ich kiedyś łączyło poza pracą. Czas utkał pomiędzy nimi nić sympatii i zainteresowania, gdzieś na mapie czasu potrafili się tu i ówdzie o coś pokłócić, a później wrócić do dawnego trybu funkcjonowania, co było niejako dowodem ich bliskości – to jednak nigdy nie stało się czymś więcej. Byli sobie jednocześnie bliscy i dalecy, być może dlatego, że oboje lubili wolność, ale ta wolność się stawała naprawdę ciężka do zniesienia, kiedy się nie miało o kogo oprzeć, kiedy rzeczywistość stawała się szorstka. Ubóstwiana cisza stawała się niczym kajdany wokół nóg, trzymające w miejscu.
Alastor nie poszukiwał Williama wzrokiem. Właściwie, to nawet o nim nie pomyślał, a może powinien? Jego oczy pognały tam, gdzie myśli – do jej nieoczekiwanej reakcji, do oczu, w których chyba wrócił blask, do twarzy nabierającej kolorytu.
Westchnął.
– Jestem w tym lepszy, niż myślisz – ale pewnie wciąż gorszy od ciebie.
Była to prawda.
Kiedy poprowadził ją do tego tańca, w jego krokach dało się zauważyć dobre poczucie rytmu. Moody nie był głuchy na muzykę, ale bale nie były czymś, z czym miał wcześniej dużo styczności. Jego ruchy były ciężkie i silne tak jak i on – miały w sobie jednak jakąś nutę miękkości, wyczuwalną nawet mimo szorstkiej ręki ujmującej o wiele bardziej delikatną dłoń. To nie było jego miejsce. Czułby się lepiej w którymś ze śmierdzących papierosami barów, gdzie wszyscy bujali się w rytmie o wiele mniej idealnej kapeli i nie zwracali na nikogo uwagi. Gdzieś, gdzie nie trzeba było być aż tak perfekcyjnym, gdzie nie było błysków fleszy, krzywych spojrzeń i nikt nie znał takiego słowa jak konwenanse.
Ale tej jeden raz. Jeden, jedyny raz. Mógł zrobić wyjątek. Dla niej.
fear is the mind-killer.