24.04.2024, 21:25 ✶
Dolohov nie czuł się w tym momencie trzciną. Nie czuł się niczym delikatnym, jeżeli kiedykolwiek miał przetrwać jakąś nawałnicę, to właśnie dzisiaj - teraz, w tym momencie, w którym widząc spojrzenie Morpheusa znalazł w sobie energię na to, aby jego mina pozostała niewzruszoną, a chuderlawe ręce nie zadrżały mu mimo coraz silniejszego napięcia, jakie go nawiedzało. Chyba się w tym wszystkim zgubił. Nie... nie chyba, tylko na pewno. Mimowolnie przypomniał sobie dzień pierwszej nauki wróżenia z dłoni, kiedy Kassandra ujęła jego zaczerwieniony nadgarstek i odwróciła go, a później uśmiechnęła się z lekką drwiną. Wypucowana, mięciutka skóra Vasilija kryła sekret, jakim by się nikt na jego miejscu nie podzielił - widmo nieszczęścia zapisane w czymś tak idiotycznym jak linie jakie miał na niej od urodzenia. Trochę wcześnie na taką myśl, co? Że tą nawałnicą niszczącą mu życie miał być ktoś, kogo poznał w wieku piętnastu lat. Dlatego starał się tak tego nie postrzegać. To była co prawda zupełna nowość, tak. Nigdy wcześniej się tak nie czuł, nikt go nigdy tak łatwo nie wyprowadził z równowagi, to prawda. Ale to jeszcze przecież nie musiało oznaczać, że ta znajomość odbije na nim piętno na resztę życia. Nie mógł istnieć człowiek, od którego nie zdoła się uwolnić, a jeżeli nawet ktoś spróbuje się tak do niego przykleić - powinien być gotowy na udźwignięcie ciężaru jego jestestwa.
- Ha - rzucił, niemal piskliwym głosem, stawiając do przodu duży, pewny krok ja na tak niskiego jeszcze dzieciaka. Czarna szata zatrzepotała wraz z tym, jak wykonał ruch. - Znasz już aż jednego. - Oczywiście, że był trochę obłąkany, mówiąc tak o sobie... Nikt normalny nie miewał jego fantazji o posiadaniu władzy. Być popularnym, bogatym - na to wpadali wszyscy mający wyobraźnię - ale być królem, nosić na barkach ciężar podejmowania decyzji za innych, móc skazać ich na zapomnienie jednym gestem - to już były te czeluści, do których zapędzało się o wiele mniej śmiałków. A on? On już dawno przekroczył tę granicę. On już był popularny i bogaty. Urodził się w dobrej rodzinie z tradycjami, miał na wyciągnięcie ręki tak wiele rzeczy, o których innym się nie śniło - ale zawsze chciał więcej. Mógł urodzić się jako Widzący, ale i tak uwielbiał być ślepy na to co już posiadał - zawsze chciał więcej - władzy, możliwości, prawa decydowania o sobie.
Ta potrzeba prowadziła go momentami w objęcia okrucieństwa. To lubił pomijać w myśleniu o sobie. Wolał skupić się na przykład na zdolności do podejmowania ryzyka. Bez podejmowania się go nie można było liczyć na gwałtowny sukces, prawda? Ale to było gdybanie piętnastolatka. Piętnastolatka, który niezależnie od popełnionych błędów miał opaść na miękką poduszkę finansową swojego ojca. Nie było czegoś, czego nie miał w garści - czas jedynie płynął nieubłagane, ale jeśliś ktoś miał wygryźć Slughornom sekret podróży w czasie, to kto by to był jak nie on. Nikt.
Czy to okrucieństwo przez niego przemawiało, czy ryzykanctwo, kiedy idąc w kierunku tej sofy, chciał przejść mu po plecach?
- Twój nowy bóg - już nie jego - to chodząca pokusa, żeby odkryć jego sekrety. - Dlaczego tak bardzo chciał, żeby zrobił to właśnie on? To wiedziały już pewnie tylko gwiazdy. - Wiesz, jakie to uczucie myśleć o nim? - Ostatecznie przeszedł nad nim, na moment zasłaniając usta, kiedy robił krok do przodu. Jego but zahaczył o jedną z kart, wyginając jej róg. - Jest jak stanie na błoniach nocną porą - taką jak ta, w którą wyszedł na przekór szkolnemu regulaminowi - kiedy mgła i pełnia księżyca sprawiają, że wszystko wokół staje się niebieskie. - Twarze, oczy, drzewa, woda. Mury zamku.
- Ha - rzucił, niemal piskliwym głosem, stawiając do przodu duży, pewny krok ja na tak niskiego jeszcze dzieciaka. Czarna szata zatrzepotała wraz z tym, jak wykonał ruch. - Znasz już aż jednego. - Oczywiście, że był trochę obłąkany, mówiąc tak o sobie... Nikt normalny nie miewał jego fantazji o posiadaniu władzy. Być popularnym, bogatym - na to wpadali wszyscy mający wyobraźnię - ale być królem, nosić na barkach ciężar podejmowania decyzji za innych, móc skazać ich na zapomnienie jednym gestem - to już były te czeluści, do których zapędzało się o wiele mniej śmiałków. A on? On już dawno przekroczył tę granicę. On już był popularny i bogaty. Urodził się w dobrej rodzinie z tradycjami, miał na wyciągnięcie ręki tak wiele rzeczy, o których innym się nie śniło - ale zawsze chciał więcej. Mógł urodzić się jako Widzący, ale i tak uwielbiał być ślepy na to co już posiadał - zawsze chciał więcej - władzy, możliwości, prawa decydowania o sobie.
Ta potrzeba prowadziła go momentami w objęcia okrucieństwa. To lubił pomijać w myśleniu o sobie. Wolał skupić się na przykład na zdolności do podejmowania ryzyka. Bez podejmowania się go nie można było liczyć na gwałtowny sukces, prawda? Ale to było gdybanie piętnastolatka. Piętnastolatka, który niezależnie od popełnionych błędów miał opaść na miękką poduszkę finansową swojego ojca. Nie było czegoś, czego nie miał w garści - czas jedynie płynął nieubłagane, ale jeśliś ktoś miał wygryźć Slughornom sekret podróży w czasie, to kto by to był jak nie on. Nikt.
Czy to okrucieństwo przez niego przemawiało, czy ryzykanctwo, kiedy idąc w kierunku tej sofy, chciał przejść mu po plecach?
- Twój nowy bóg - już nie jego - to chodząca pokusa, żeby odkryć jego sekrety. - Dlaczego tak bardzo chciał, żeby zrobił to właśnie on? To wiedziały już pewnie tylko gwiazdy. - Wiesz, jakie to uczucie myśleć o nim? - Ostatecznie przeszedł nad nim, na moment zasłaniając usta, kiedy robił krok do przodu. Jego but zahaczył o jedną z kart, wyginając jej róg. - Jest jak stanie na błoniach nocną porą - taką jak ta, w którą wyszedł na przekór szkolnemu regulaminowi - kiedy mgła i pełnia księżyca sprawiają, że wszystko wokół staje się niebieskie. - Twarze, oczy, drzewa, woda. Mury zamku.
with all due respect, which is none