25.04.2024, 13:30 ✶
Nie przepadała za pracą w domu. Było tu zbyt wiele rzeczy, które potrafiły ją rozpraszać. Odwiedziny skrzata, który lubił dowiadywać się, czy niczego jej nie brakuje, zapachy dochodzące z innych pomieszczeń, czy kroki, które przebijały się przez sufit jej małej pracowni. Ciągłe pozostawanie w gabinecie po godzinach mogło jednak wzbudzić sporo pytań co do jej osoby i jej ewentualnego pożycia małżeńskiego, które wprawdzie rzeczywiście legło w gruzach, nie dotarło to jednak do wiedzy publicznej. Toteż starała się raz na jakiś czas wrócić wcześniej do domu, choć zwykle szybko zamykała się w swoim pokoju lub pracowni, próbując mieć jak najmniejszą styczność z kimkolwiek z domowników.
Czuła się pierwszy raz od dawna obco w tym miejscu.
Wiedziała, że Vakel najchętniej wyrzuciłby ich z tej posiadłości, zabierając jej jedno z nielicznych miejsc, w których jeszcze niedawno czuła się dobrze.
Nie napawało ją to radością.
Aktualnie pracowała nad kilkoma ze stałych zleceń. Miała wielu pacjentów, którzy pobierali od niej eliksiry i leki niemalże latami, polegając na jej wiedzy i umiejętnościach.
Ceniła je sobie. Wymagała zawsze od siebie najwięcej, ciągle dokształcając się, czasem eksperymentując i dążąc do perfekcji w swoim fachu. Bo w końcu tylko do tego się nadawała.
I z tego wynikały jej wszystkie obecne problemy.
Pochłonęło ją mieszanie w kotle, odważanie i przygotowywanie składników, pilnowanie temperatury i sprawdzanie, czy przepisów nie dałoby się tak naprawdę poprawić. Wciągnęła się w to kompletnie, starając się jak najbardziej ignorować wszelkie zewnętrzne bodźce.
Pukanie jednak wytrąciło ją z tego stanu.
Zmarszczyła brwi, w wyraźnym niezadowoleniu, w duchu trochę obawiając się, kto stał za drzwiami. Nigdy nie było dobrego dnia na kłótnie, dziś jednak miała na tyle dobry humor, że nie chciała go sobie psuć. Z drugiej strony, wątpiła, by Vakel w ogóle do niej po coś przyszedł osobiście.
- Zapraszam. - Odpowiedziała w końcu, czując, że może nic strasznego się nie wydarzy.
Widok Pana Trelawney trochę ją zaskoczył, patrząc, że nie był to jeszcze termin na odbiór leków, które dla niego przygotowywała, co zdradziło lekkie, chwilowe zmarszczenie brwi, szybko jednak jej twarz wróciła do neutralnego wyrazu. Zamieszała jeszcze tylko określoną ilość razy w kociołku, wiedząc, że eliksir może chwilę poczekać, przynajmniej na czas wyjaśnienia co jej gościa do niej sprowadza.
- Co prawda pracuję, mam jednak moment, gdy mogę Pana spokojnie przyjąć. Proszę usiąść. Mam poprosić skrzata o przyniesienie herbaty? - Standardowe formułki, zwykłe grzeczności, które zwykle wymieniało się w takich chwilach.
Zagrzmiało, a Annaleigh drgnęła na ten dźwięk, nie zdając sobie wcześniej, że za oknem szalała burza. Nie lubiła grzmotów, zapewne należałoby więc na noc użyć zaklęć wyciszających na sypialnię przed pójściem spać. O ile do tego czasu pogoda się nie zmieni.
- O co chciałby Pan zapytać? - Złożyła splecione dłonie na blacie, prostując się w krześle. Nie miała pojęcia, co sprowadziło do niej dziś Trelawney’a, była jednak teraz trochę tego ciekawa. Nie przewidywała, że burza może zaraz wkroczyć także do tego małego pomieszczenia.
Czuła się pierwszy raz od dawna obco w tym miejscu.
Wiedziała, że Vakel najchętniej wyrzuciłby ich z tej posiadłości, zabierając jej jedno z nielicznych miejsc, w których jeszcze niedawno czuła się dobrze.
Nie napawało ją to radością.
Aktualnie pracowała nad kilkoma ze stałych zleceń. Miała wielu pacjentów, którzy pobierali od niej eliksiry i leki niemalże latami, polegając na jej wiedzy i umiejętnościach.
Ceniła je sobie. Wymagała zawsze od siebie najwięcej, ciągle dokształcając się, czasem eksperymentując i dążąc do perfekcji w swoim fachu. Bo w końcu tylko do tego się nadawała.
I z tego wynikały jej wszystkie obecne problemy.
Pochłonęło ją mieszanie w kotle, odważanie i przygotowywanie składników, pilnowanie temperatury i sprawdzanie, czy przepisów nie dałoby się tak naprawdę poprawić. Wciągnęła się w to kompletnie, starając się jak najbardziej ignorować wszelkie zewnętrzne bodźce.
Pukanie jednak wytrąciło ją z tego stanu.
Zmarszczyła brwi, w wyraźnym niezadowoleniu, w duchu trochę obawiając się, kto stał za drzwiami. Nigdy nie było dobrego dnia na kłótnie, dziś jednak miała na tyle dobry humor, że nie chciała go sobie psuć. Z drugiej strony, wątpiła, by Vakel w ogóle do niej po coś przyszedł osobiście.
- Zapraszam. - Odpowiedziała w końcu, czując, że może nic strasznego się nie wydarzy.
Widok Pana Trelawney trochę ją zaskoczył, patrząc, że nie był to jeszcze termin na odbiór leków, które dla niego przygotowywała, co zdradziło lekkie, chwilowe zmarszczenie brwi, szybko jednak jej twarz wróciła do neutralnego wyrazu. Zamieszała jeszcze tylko określoną ilość razy w kociołku, wiedząc, że eliksir może chwilę poczekać, przynajmniej na czas wyjaśnienia co jej gościa do niej sprowadza.
- Co prawda pracuję, mam jednak moment, gdy mogę Pana spokojnie przyjąć. Proszę usiąść. Mam poprosić skrzata o przyniesienie herbaty? - Standardowe formułki, zwykłe grzeczności, które zwykle wymieniało się w takich chwilach.
Zagrzmiało, a Annaleigh drgnęła na ten dźwięk, nie zdając sobie wcześniej, że za oknem szalała burza. Nie lubiła grzmotów, zapewne należałoby więc na noc użyć zaklęć wyciszających na sypialnię przed pójściem spać. O ile do tego czasu pogoda się nie zmieni.
- O co chciałby Pan zapytać? - Złożyła splecione dłonie na blacie, prostując się w krześle. Nie miała pojęcia, co sprowadziło do niej dziś Trelawney’a, była jednak teraz trochę tego ciekawa. Nie przewidywała, że burza może zaraz wkroczyć także do tego małego pomieszczenia.