Trwał z ręką na klamce i wahał się, czy ją nacisnąć. Mogły to być przecież jedynie obce dźwięki domu, który ktoś poruszył krzątaninem się. Mógł sobie tak wmawiać, ale całe to miejsce... Z jakiegoś powodu nie położył się do łóżka. Z jakiegoś powodu karta czekała na stoliku. Może położył ją tam sobie sam i uznał za zabawne, żeby nie powiedzieć sobie samemu dokładnych wskazówek.
Chłód drażnił rozgrzane snem ciało, zbyt duże zimno, które wynikało aż do szpiku kości, nieprawdopodobne w sierpniu, nawet w środku nocy, nawet gdyby od tygodnia siekało deszczem. W dzień było za ciepło, a grube mury nowego azylu Zakonu Feniksa oddawały ciepło, przynajmniej powinny, opite gorącem z zewnątrz i wietrzeniem, wpuszczającym do korytarzy i pokojów ciepłe powietrze końcówki lata.
Dłoń zacisnęła się na klamce i ją nacisnęła gwałtownie, szybciej niż umysł świadomie zarejestrował wołanie. Głos Mildred dotarł do niego, gdy był już w połowie za drzwiami, na korytarzu, z wyciągniętą różdżką w dłoni.
— Mildred?! — podniósł nieco głos ponad to, co uważano za adekwatne do pory nocnej. Rozpalił światło w swojej różdżce, aby ujrzeć korytarz i poszukać dziewczyny. Lub tego, co się za nią podawało. Miał złe przeczuca. — Tu jestem. Co się dzieje?
Podążył w jej stronę, czując nagle bardzo świadomie niewygodę swojego ubrania, które sprawiło, że szwy wpijały się w zesztywniałe od snu ciało. Okropne uczucie.