27.04.2024, 16:12 ✶
Może faktycznie mógł ją przytulić?
Może mógł ją porwać w ramiona i przenieść przez próg jakby byli parą naiwnych, zakochanych nastolatków pierwszego dnia po ślubie?
Nie żeby tego oczekiwała. Absolutnie nie! Ba, prawdopodobnie nawet tego nie chciała, starając się ograniczać kontakt do minimum. Tyle ile potrzebowała, żeby ustać na nogach. Czułość była tylko placebo na ból, którego nie potrafiła uciszyć.
Ale powinien był podjąć decyzję za nią, kiedy dawała mu taką możliwość. Odciążyć ją, gdy tego potrzebowała. Zrobić cokolwiek co wyrwałoby ją z samonakręcającej się spirali rozterek i wątpliwości.
Robert jednak najwyraźniej postanowił iść po najmniejszej linii oporu, co spotkało się z ewidentnym, niemym buntem ze strony żony. Bo o ile wizja napicia się wina w kontrolowanych, bezpiecznych czterech ścianach wywołała na twarzy czarownicy cień uśmiechu, o tyle dalsze słowa przyniosły wyraźnie odmienną reakcję.
Ludzki umysł był niesamowicie delikatną maszyną. Finezyjnie wykonaną, rzemieślniczym cudem Matki. Rozregulowany, powracał do najbardziej znanych sobie schematów i ustawień.
Przez moment wydawała się wręcz zszokowana tym co usłyszała. Zakopała resztki swojej godności i dumy… po to by dostać w odpowiedzi wyświechtane porady rodem z jakiegoś niskonakładowego magazynu dla czarownic?!
Boisz się? Zrób ten pierwszy krok! Następne będą dużo prostsze.
Wyjdź do świata, do ludzi!
Staw czoła swoim problemom!
Przede wszystkim, nawet będąc na dnie, Lorien nie sądziła, że Robert zniży się do próby wciśnięcia jej żałoby w kalendarz jakby była zwykłym urzędniczym świstkiem pozostawionym gdzieś na dnie szuflady. Sprawa zostanie rozpatrzona w ciągu najbliższych trzydziestu dni roboczych.
Nie rozumiał. Oczywiście, że nie rozumiał, bo to nie on stracił jedną, jedyną szansę na namiastkę normalności.
Świadomość bycia samotnym w cierpieniu, którym powinna móc się podzielić była równocześnie przytłaczająca i otrzeźwiająca.
Marnowała swój czas. To jej życie miało termin przydatności i zbliżało się ku końcowi.
Twarz kobiety w jednej chwili stężała jak maska pośmiertna. Ułożyła szczupłe palce na wierzchu dłoni, którą mąż trzymał na jej ramieniu. Jeśli gest miał ją w jakikolwiek sposób uziemić albo dodać otuchy - w połączeniu z bolesnym słowem był tylko ciężarem, którego w tej chwili nie chciała dźwigać.
Ale drugą dłonią uparcie trzymała męża w niemal żelaznym uścisku, uniemożliwiając mu nawet najmniejszy ruch prawą ręką. Niby to małe, zmęczone, ale jak się uczepiło to gorzej niż rzep psiego ogona.
Obiecał jej spacer.
Zamierzała tą obietnicę wyegzekwować bez względu na to jak duży opór stawiał jej własny wykończony umysł.
Bez słowa postawiła nogę na ścieżce.
Świat się nie zawalił. Nie poczuła żadnych, głębokich emocji. Kości nagle nie zaczęły boleć, słowa nie zamieniły się w melodyjny świergot, a ona wciąż była człowiekiem.
Podniosła głowę wpatrując się po raz pierwszy od dwóch miesięcy w niebo.
- Piccola morte...- Mruknęła pod nosem jak mantrę. Każdy kolejny dzień był sam w sobie małą śmiercią.
Co za różnica czy doświadczała jej na zewnątrz czy w posiadłości?
Może mógł ją porwać w ramiona i przenieść przez próg jakby byli parą naiwnych, zakochanych nastolatków pierwszego dnia po ślubie?
Nie żeby tego oczekiwała. Absolutnie nie! Ba, prawdopodobnie nawet tego nie chciała, starając się ograniczać kontakt do minimum. Tyle ile potrzebowała, żeby ustać na nogach. Czułość była tylko placebo na ból, którego nie potrafiła uciszyć.
Ale powinien był podjąć decyzję za nią, kiedy dawała mu taką możliwość. Odciążyć ją, gdy tego potrzebowała. Zrobić cokolwiek co wyrwałoby ją z samonakręcającej się spirali rozterek i wątpliwości.
Robert jednak najwyraźniej postanowił iść po najmniejszej linii oporu, co spotkało się z ewidentnym, niemym buntem ze strony żony. Bo o ile wizja napicia się wina w kontrolowanych, bezpiecznych czterech ścianach wywołała na twarzy czarownicy cień uśmiechu, o tyle dalsze słowa przyniosły wyraźnie odmienną reakcję.
Ludzki umysł był niesamowicie delikatną maszyną. Finezyjnie wykonaną, rzemieślniczym cudem Matki. Rozregulowany, powracał do najbardziej znanych sobie schematów i ustawień.
Przez moment wydawała się wręcz zszokowana tym co usłyszała. Zakopała resztki swojej godności i dumy… po to by dostać w odpowiedzi wyświechtane porady rodem z jakiegoś niskonakładowego magazynu dla czarownic?!
Boisz się? Zrób ten pierwszy krok! Następne będą dużo prostsze.
Wyjdź do świata, do ludzi!
Staw czoła swoim problemom!
Przede wszystkim, nawet będąc na dnie, Lorien nie sądziła, że Robert zniży się do próby wciśnięcia jej żałoby w kalendarz jakby była zwykłym urzędniczym świstkiem pozostawionym gdzieś na dnie szuflady. Sprawa zostanie rozpatrzona w ciągu najbliższych trzydziestu dni roboczych.
Nie rozumiał. Oczywiście, że nie rozumiał, bo to nie on stracił jedną, jedyną szansę na namiastkę normalności.
Świadomość bycia samotnym w cierpieniu, którym powinna móc się podzielić była równocześnie przytłaczająca i otrzeźwiająca.
Marnowała swój czas. To jej życie miało termin przydatności i zbliżało się ku końcowi.
Twarz kobiety w jednej chwili stężała jak maska pośmiertna. Ułożyła szczupłe palce na wierzchu dłoni, którą mąż trzymał na jej ramieniu. Jeśli gest miał ją w jakikolwiek sposób uziemić albo dodać otuchy - w połączeniu z bolesnym słowem był tylko ciężarem, którego w tej chwili nie chciała dźwigać.
Ale drugą dłonią uparcie trzymała męża w niemal żelaznym uścisku, uniemożliwiając mu nawet najmniejszy ruch prawą ręką. Niby to małe, zmęczone, ale jak się uczepiło to gorzej niż rzep psiego ogona.
Obiecał jej spacer.
Zamierzała tą obietnicę wyegzekwować bez względu na to jak duży opór stawiał jej własny wykończony umysł.
Bez słowa postawiła nogę na ścieżce.
Świat się nie zawalił. Nie poczuła żadnych, głębokich emocji. Kości nagle nie zaczęły boleć, słowa nie zamieniły się w melodyjny świergot, a ona wciąż była człowiekiem.
Podniosła głowę wpatrując się po raz pierwszy od dwóch miesięcy w niebo.
- Piccola morte...- Mruknęła pod nosem jak mantrę. Każdy kolejny dzień był sam w sobie małą śmiercią.
Co za różnica czy doświadczała jej na zewnątrz czy w posiadłości?