Zmiana ta była dostrzegalna dopiero wtedy, gdy robiło się porównanie: Victoria kiedyś i Victoria dziś. Widział to zwłaszcza ktoś, kto znał ją dłużej, widziała to Victoria, która sporo czasu poświęcała na zastanawianie się nad sobą, otaczającymi ją ludźmi, światem i tak dalej; rozkładała wiele spraw na czynniki pierwsze, analizowała, oglądała z różnych stron, dlatego miała tak dużo pytań, tak wiele ją ciekawiło… To, że nie dostrzegał tego Sauriel nie było zaskakujące. Po pierwsze nie znał jej wcześniej, poznawał ją naturalnie, tak jak ona zmieniała się pod jego wpływem naturalnie… Mógł uważać, że taka była zawsze. Poniekąd była, ale z drugiej strony to on umożliwił jej zrobienie tego kroku, drugiego, trzeciego. Już nie była w tym samym miejscu co kiedyś. I czy było to złe? Czy on był taki zły? Nie był, bo świat nie był czarnobiały, było w nim pełno odcieni szarości. Lecz grały w nim kontrasty, jak prawda i fałsz, lub wyraźna różnica czerni i bieli – trzeba było na to jedynie spojrzeć i porównać. Victoria wiedziała doskonale, że Sauriel miał swoje grono znajomych, chociaż jak sam kiedyś twierdził – odciął się od wszystkich i dopiero niedawno zaczął wychodzić do ludzi, z większą chęcią. I oczywiście, że ona też miała swoich znajomych i starała się regularnie utrzymywać z nimi kontakt, z różnym skutkiem. Może grono tych bliskich nie było bardzo duże… ale dzięki czemu jakoś potrafiła to wszystko pogodzić i znaleźć też czas na inne rzeczy w swoim życiu, zwłaszcza na te, które wysforowały się na przód listy priorytetów. Dla „chujka”, któremu dała czekoladę, oczywiście również znajdowała czas, bo znajdował się w tym gronie, ba, nawet była z nim we Włoszech, czego Sauriel nie wiedział… Ale nie miał się o co złościć, ani być zazdrosnym, choć pewnie nie zdawał sobie nawet z tego sprawy. A może zdawał?
– Oczywiście, że z autografem – tak naprawdę, to wcale o tym nie myślała. Podpisałaby zdjęcie z tyłu, z datą i miejscem, by zawsze pamiętać, ale nie myślała o… podpisywaniu się tam Sauriela. Jednak ten dobry humor należało wykorzystać. – Tak? To bardzo dobrze. I cieszę się, że jednak się zdecydowałeś na ten kurs teleportacji – jeśli chciał pochwały, to proszę bardzo – dostał ją, bo doceniała to, że znalazł w sobie siłę, by pomalutku wyplątywać się z bagna, jakie zaserwował mu jego… mózg, jak sądziła. Że stawiał te kroki, że robił coś dla siebie i swojego rozwoju: jak pokonywanie tych strachów i słabości z przeszłości. I cieszyła się, że te delikatne namowy, by poszedł na kurs teleportacji, przemyślał i się zdecydował. – Wiesz już kiedy masz egzamin? – na licencję oczywiście. – Widzisz? Zawsze mówiłam, że jesteś zdolny – zdolny, ale leniwy; nie był głupi, a na takiego się kreował. Ale kiedy chciał – to potrafił stanąć na wysokości zadania, tylko najpierw musiał chcieć. I tak jak kiedyś mu powiedziała – jeśli będzie chciał jej atencji, to wystarczy poprosić… Teraz niejako właśnie o to prosił, wyczuwała to. – A jak sobie radzisz z transmutacją? – zagaiła, skoro i o niej wspomniał, a pamiętała, że był kompletnym… zerem transmutacyjnym (a to nawet gorzej niż ona, bo ona zatrzymała się na wiedzy wyniesionej ze szkoły). Nawet gorzej niż z zielarstwem. Na jego stwierdzenie, że bardzo często aparatu używa – poczuła, jak coś rozlało się po jej sercu, coś miłego, ciepłego; cieszyła się z tego najzwyczajniej w świecie.
– Wiesz co, musisz popracować nad tym, żeby brzmiało to trochę bardziej przekonująco – powiedziała sceptycznie, siląc się na śmiertelną powagę, ale Sauriel powiedział to w taki sposób, że nikt by w to zapewnienie nie uwierzył. – Żadne pomó… sukienka? – urwała w półsłowa i odwróciła głowę w kierunku, w którym spoglądał wampir, i sama zmarszczyła brwi. Faktycznie w oknie wisiała sukienka, niczym ten upiorny rekwizyt. – Może tu naprawdę mieszkają jakieś duchy? – i próbowały ich wystraszyć? Było upiorne, a jakże. Aż przeszedł ją metaforyczny dreszcz.
– Jesteś po prostu cwanym, sprytnym Kotem – odpowiedziała na niego, skoro brakło mu słów. – Ale naprawdę myślisz, że będę dobrą przynętą dla psychopatycznego mordercy? – skąd w ogóle wzięła się ta rozmowa o tym, że opuszczony zamek rzekomo zamieszkuje morderca? Wtedy zamek nie byłby wcale opuszczony… A potem parsknęła już w głos, kiedy Sauriel zaprezentował jej Dziurę, tak jak prezentuje się luksusowe miotły sportowe sprezentowane komuś na urodziny. – Hej! – „obruszyła się” pociągnięta lekko za włosy. Naprawdę, jak dzieci w okresie przedszkola, ale kto się czubi, ten się lubi, tak? – Sam jesteś trąbka – stwierdziła z niedowierzaniem. Ale to niedowierzanie urosło, gdy Rookwood wystosował propozycję. Ciemnowłosa patrzyła na niego przez chwilę niby to bezrozumnie, niby to jakby się nad czymś zastanawiała. Nie powiedziała nic, ale nagle wydobyła swoją różdżkę, odchrząknęła i machnęła nią kilka razy, próbując stworzyć… przedmiot, który miał wyglądać jak dorodny, kary rumak. Zdecydowanie nieożywiony, na razie tylko… koń.
A koń, jaki jest – każdy widzi. Koń.
Kształtowanie
Sukces!
Akcja nieudana
Sukces!