21.12.2022, 10:54 ✶
Ten zapach piernika i świerku nie docierał do szpitala Świętego Munga. Może w pojedynczych salkach byli pacjenci, którym bliska rodzina zapewniła kawałek świąt do miejsca, z którego nie mogli wyjść. Gdzieś zabłąkała się odcięta z choinki gałązka. Gdzieś zostawiono makowca zawiniętego w serwetkę, żeby nie obeschnął. Innej osobistości przyniesiono kilka pierniczków, które już zjadła. Przecież niektórzy musieli przestrzegać mimo wszystko ścisłej diety. Szpital zawsze pachniał tak samo - środkami czystości i wonią leków. Dla czarodziei nie był to taki problem, większość wystarczyło przeczyścić zaklęciem. Co za zbawienie, prawda? Ale potem do nozdrzy wdzierał się swąd środków odkażających, bo trzeba zadbać o odpowiednią sterylność próbek, flakoników z lekami, a te narzędzia lepiej jest odkazić. Tu, w tym składziku, woń była wszechogarniająca. Wżarła się nawet w ubranie Sauriela (tak mu się jedynie wydawało), które zawsze przesiąknięte było smrodem fajek. Tytoniu, którego nadużywał, ale co to za problem? Przecież ani na zdrowie, ani na chorobę już mu to wyjść i tak nie mogło.
Pojęcia nie miał, co działo się w szpitalu i w jego rozgorączkowanym, doprowadzonym pod ścianę na baczność (jak do rozstrzelania) umyśle nie było miejsca na martwienie się, że te leki przecież mogły być komuś potrzebne. Albo że, mimo wszystko, mogły mu zaszkodzić. Gdyby była potrzeba wcisnąłby w siebie wszystko, bo przecież - wcale nie znał się na eliksirach. Może "wcale" to za dużo powiedziane, chyba zależne od skali. Na pewno jednak nie miał pojęcia, co on właśnie brał do dłoni. Jego boży świat, z równie bożej łaski, w ten jakże magiczny dzień owinięty był widokiem jednokierunkowym. Klapki na oczach - a przed klapkami tylko pragnienie, by jakkolwiek sobie ulżyć. I kiedy jesteś nieuważny to tak się to zazwyczaj kończy, że, jak to ładnie pisał Dostojewski, Bóg nie jest niezbędny, żeby stworzyć winę, ani żeby karać. Wystarczą ludzie wspomagani przez nas samych. Sąd ostateczny jest co dzień. Jak w medycynie nie masz chorób, tylko są chorzy, tak w świecie moralnym nie masz win, tylko są winni. I tak kiedy była wina, musiała być również kara.
Odziany w czerń mężczyzna znieruchomiał, słysząc kobiecy głos za swoimi plecami. To były pierwsze trzy sekundy. Potem pojawił się z jego strony ruch - lecz powolny. Nieśpieszny. Jak w slow motion odłożył dwie trzymane flaszki na półkę, by obrócić się półprofilem do... kogo w zasadzie? Lekarza? Strażnika? Przypadkowego chorego? Przymrużył oczy i przysłonił je ręką, kiedy blask padający w oczy był dla tych przyzwyczajonych do niedawnej ciemności za jasny. Zaraz jednak ta trzęsąca się ręka opadła w dół, a oczy... tak, masz rację, Fernah. Strach miał naprawdę wielkie oczy. Te od Sauriela były teraz bardzo szeroko otwarte. I spanikowane jak u zwierzęcia zapędzonego w róg.
Kiedy ktoś celuje w ciebie różdżką masz generalnie dwie możliwości. Pierwsza - podjąć rękawicę. Podjęcie jej tutaj wydawało się ŚWIETNYM pomysłem! Druga - uciekać. Zachrzęściło cienkie szkło pod podeszwą butów czarnowłosego, kiedy ten zrobił mały kroczek w stronę Fernah. Pustej fiolki po środku łagodzącym ból.
- Pomóż mi. - Wydobył się cichy, głęboki głos ze spierzchniętych ust. W dupie miał teraz godność, bo nie miał nic do stracenia. - Pomóż mi i... znikam, nie wrócę więcej. - Tak, to był błagalny ton. Sauriel był gotów paść przed nią na kolana, byleby tylko zrobiła coś z tą obezwładniającą gorączką.
Z tym pragnieniem krwi.
Pojęcia nie miał, co działo się w szpitalu i w jego rozgorączkowanym, doprowadzonym pod ścianę na baczność (jak do rozstrzelania) umyśle nie było miejsca na martwienie się, że te leki przecież mogły być komuś potrzebne. Albo że, mimo wszystko, mogły mu zaszkodzić. Gdyby była potrzeba wcisnąłby w siebie wszystko, bo przecież - wcale nie znał się na eliksirach. Może "wcale" to za dużo powiedziane, chyba zależne od skali. Na pewno jednak nie miał pojęcia, co on właśnie brał do dłoni. Jego boży świat, z równie bożej łaski, w ten jakże magiczny dzień owinięty był widokiem jednokierunkowym. Klapki na oczach - a przed klapkami tylko pragnienie, by jakkolwiek sobie ulżyć. I kiedy jesteś nieuważny to tak się to zazwyczaj kończy, że, jak to ładnie pisał Dostojewski, Bóg nie jest niezbędny, żeby stworzyć winę, ani żeby karać. Wystarczą ludzie wspomagani przez nas samych. Sąd ostateczny jest co dzień. Jak w medycynie nie masz chorób, tylko są chorzy, tak w świecie moralnym nie masz win, tylko są winni. I tak kiedy była wina, musiała być również kara.
Odziany w czerń mężczyzna znieruchomiał, słysząc kobiecy głos za swoimi plecami. To były pierwsze trzy sekundy. Potem pojawił się z jego strony ruch - lecz powolny. Nieśpieszny. Jak w slow motion odłożył dwie trzymane flaszki na półkę, by obrócić się półprofilem do... kogo w zasadzie? Lekarza? Strażnika? Przypadkowego chorego? Przymrużył oczy i przysłonił je ręką, kiedy blask padający w oczy był dla tych przyzwyczajonych do niedawnej ciemności za jasny. Zaraz jednak ta trzęsąca się ręka opadła w dół, a oczy... tak, masz rację, Fernah. Strach miał naprawdę wielkie oczy. Te od Sauriela były teraz bardzo szeroko otwarte. I spanikowane jak u zwierzęcia zapędzonego w róg.
Kiedy ktoś celuje w ciebie różdżką masz generalnie dwie możliwości. Pierwsza - podjąć rękawicę. Podjęcie jej tutaj wydawało się ŚWIETNYM pomysłem! Druga - uciekać. Zachrzęściło cienkie szkło pod podeszwą butów czarnowłosego, kiedy ten zrobił mały kroczek w stronę Fernah. Pustej fiolki po środku łagodzącym ból.
- Pomóż mi. - Wydobył się cichy, głęboki głos ze spierzchniętych ust. W dupie miał teraz godność, bo nie miał nic do stracenia. - Pomóż mi i... znikam, nie wrócę więcej. - Tak, to był błagalny ton. Sauriel był gotów paść przed nią na kolana, byleby tylko zrobiła coś z tą obezwładniającą gorączką.
Z tym pragnieniem krwi.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.