29.04.2024, 16:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.04.2024, 19:46 przez Anthony Shafiq.)
Bywały takie dni, choć było ich zdecydowanie mniej niż kiedyś, gdy Anthony zastanawiał się z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni, jak by to było, gdyby ktoś go aresztował. W sposób naturalny łączyło się to z raczej mało przyjemnymi skojarzeniami: ten cały bałagan do posprzątania, sznurki, które należałoby wytrącić śledczym, argumenty i przede wszystkim strumień gotówki, który powinien być wpompowany w prawników. Oczywistym było w tych słowach, jakie wypowiadały tu i teraz doskonałe linie uśmiechniętych ust, wargi odsłaniające cudnie białe zęby, tak drażnił go fakt, że wciąż nie wiedział jak ostre potrafiły być, oczysistym było więcej z dziedziny zawodu Erika. Przeszli płynnie od biurokracji księgowych, po codzienność brygadzisty. Nigdy jednak Shafiq nie sądził, że wizja złocistych magicznych kajdanek na własnych nadgarstkach i długie wycięczające przesłuchanie, mogłyby nagle zagościć w jego myślach na stałe i to nie w dziale obaw, a często odwiedzanych fantazji. Nie sądził, aż do dziś.
Erik droczył się z nim i zaczepiał go, nawet jeśli tego nie robił i ponoć się powstrzymywał. Wystarczyło poczucie jego spojrzenia na sobie, wystarczył szelest materiału, zapach wody kolońskiej i smak słodkiego czerwonego wina, który spijał z jego ust ledwie chwilę temu, ponad czterysta mil od miejsca w którym teraz byli. Surrealistyczne choć normalne wrażenie dla ludzi obdarzonych ich umiejętnościami. Wciąż prawdziwe, wręcz namacalne pożądanie unosiło się w powietrzu, napięcie które tylko wzmagało, przez uszczypliwości młodszego czarodzieja. Nawet nie był świadom ile samokontroli od Anthony'ego wymagało dotarcie do pokoju. Ktoś tu jednak musiał być odpowiedzialny. Chociaż trochę...
Tego wieczoru młody Longbottom po trzykroć fantazjował na temat brutalnego gestu, zagarnięcia w potrzask drugiej osoby, zdominowanie jej w sposób absolutny i bezpośredni, wykorzystując zdecydowanie argument siłowy. I w końcu przy trzecim razie impuls przerodził się w czyn, a głuche uderzenie plecami o drzwi skruszyło do reszty wszelkie bariery dyplomaty, którego wcale już nietłumiony, przeciągły jęk dosięgnął uszu Erika. Czy się bronił? Och tak, szarpał się zajadle, nie odrywając się przy tym od ust swego oprawcy, napierając na niego na tyle ile dawał mu przestrzeni, nie dając pola do wątpliwości, jak bardzo odpowiada mu to w jakiej dynamice, w jakiej sytuacji się znaleźli. Nawet gdy odpychał jego barki, drapał kark, zatapiał palce głęboko w gęste włosy i szarpał boleśnie w tył, próbując zmusić go do tego, by się odsunął... W tej aurze sprzecznych sygnałów i rwanych oddechów, delikatność zdecydowanie nie była tym czego chciał, choć nie było to wykluczone, że w swej złośliwości Erik zamierzał go tą słodyczą torturować. Cóż, pozycja wgniecionego w drzwi była zdecydowanie kiepską pozycją do negocjacji.
– Più forte, mordi più ... ach... mocniej Erik, wgryź... błagam... się porządnie... ja... chce... – dyszał ciężko, w końcu znajdując odpowiedni język. Orał przy tym paznokciami jego żebra, metodycznie schodząc coraz niżej do paska, który wciąż, ku jego bezbrzeżnej irytacji, z jakiś niezrozumiałych powodów był zapięty.
Erik droczył się z nim i zaczepiał go, nawet jeśli tego nie robił i ponoć się powstrzymywał. Wystarczyło poczucie jego spojrzenia na sobie, wystarczył szelest materiału, zapach wody kolońskiej i smak słodkiego czerwonego wina, który spijał z jego ust ledwie chwilę temu, ponad czterysta mil od miejsca w którym teraz byli. Surrealistyczne choć normalne wrażenie dla ludzi obdarzonych ich umiejętnościami. Wciąż prawdziwe, wręcz namacalne pożądanie unosiło się w powietrzu, napięcie które tylko wzmagało, przez uszczypliwości młodszego czarodzieja. Nawet nie był świadom ile samokontroli od Anthony'ego wymagało dotarcie do pokoju. Ktoś tu jednak musiał być odpowiedzialny. Chociaż trochę...
Tego wieczoru młody Longbottom po trzykroć fantazjował na temat brutalnego gestu, zagarnięcia w potrzask drugiej osoby, zdominowanie jej w sposób absolutny i bezpośredni, wykorzystując zdecydowanie argument siłowy. I w końcu przy trzecim razie impuls przerodził się w czyn, a głuche uderzenie plecami o drzwi skruszyło do reszty wszelkie bariery dyplomaty, którego wcale już nietłumiony, przeciągły jęk dosięgnął uszu Erika. Czy się bronił? Och tak, szarpał się zajadle, nie odrywając się przy tym od ust swego oprawcy, napierając na niego na tyle ile dawał mu przestrzeni, nie dając pola do wątpliwości, jak bardzo odpowiada mu to w jakiej dynamice, w jakiej sytuacji się znaleźli. Nawet gdy odpychał jego barki, drapał kark, zatapiał palce głęboko w gęste włosy i szarpał boleśnie w tył, próbując zmusić go do tego, by się odsunął... W tej aurze sprzecznych sygnałów i rwanych oddechów, delikatność zdecydowanie nie była tym czego chciał, choć nie było to wykluczone, że w swej złośliwości Erik zamierzał go tą słodyczą torturować. Cóż, pozycja wgniecionego w drzwi była zdecydowanie kiepską pozycją do negocjacji.
– Più forte, mordi più ... ach... mocniej Erik, wgryź... błagam... się porządnie... ja... chce... – dyszał ciężko, w końcu znajdując odpowiedni język. Orał przy tym paznokciami jego żebra, metodycznie schodząc coraz niżej do paska, który wciąż, ku jego bezbrzeżnej irytacji, z jakiś niezrozumiałych powodów był zapięty.