01.05.2024, 17:36 ✶
Teorie zaczynały przybierać coraz bardziej materialne kształty w głowie Trelawneya. Wciąż jednak pozostawały teoriami, do których wsparcia miał jedynie własną fantazję. Równie dobrze mogli zapędzić się w kompletnie błędną ścieżkę, budować na niewłaściwym fundamencie, a wszystko zawali się z kretesem, gdy dotrą do nowych faktów. Na tyle tylko pozwalała im jednak skromna pula wskazówek, które odkryli.
— To mogłoby wyjaśnić, dlaczego palił właśnie czarodziejów. Ofiara z magicznych stanowiła dla źródła bardziej łakomy kąsek niż mugole, kropla w morzu potencjału magicznego. — Gdy wątek żywych trupów przebił się do rozmowy, początkowo Peregrin nie potrafił umieścić ich w żadnym miejscu tej układanki. Nie był pewien, czy powinien w ogóle poważnie podchodzić do tego tematu, ale… — Jeśli Owen naprawdę widział nieumarłych, nasuwają mi się tylko dwie wersje. Albo byli celem rytuału, albo jego skutkiem ubocznym. Athelwold mógł wykorzystywać energię, aby trzymać kogoś sztucznie przy życiu. Albo to nieumarli są źródłem energii. To, co powiedziałeś o ogniu: że czarodzieje mieli sposoby, aby wyrwać się śmierci w płomieniach. Może ogień był jedynie częścią rytuału, oddawał ich energię miejscu, zostawiając ich pustych, związanych na zawsze z Windermere.
Pomysły pochłonęły go do szczętu i wyrzucał je z siebie bez filtra. Ot, swobodne idee, które wolał wypowiedzieć, aby nie uleciały na dobre. Myśli zbyt łatwo wypadały mu z głowy, więc na ogół rozważania teoretycznie prowadził ze swoim dziennikiem, lecz w tej sytuacji niekoniecznie przystawała taka forma.
— To musiało być prawdziwie traumatyczne, jeśli wolał zniknąć niż wrócić do domu — wymamrotał niewyraźnie z papierosem między zębami. Obie jego ręce zajęte były przerzucaniem szpargałów w torbie w poszukiwaniu gazety, w której czytał rano o ofiarach z nadjeziornego ośrodka. — Mugoli widzieli ostatni raz przy lesie… — zdążył jeszcze dodać, nim ni stąd, ni zowąd padł na kolana.
Niedopalony papieros wypadł z ust, głowa zwiesiła się w dół, twarz zakryły czarne loki. Zapachy, dźwięki i obrazy w jednej chwili porwały jego świadomość w przyszłość niczym fala pchana sztormem. Gdy jej wody cofnęły się, oddając go chwili obecnej, Peregrinus gwałtownie wciągnął powietrze w płuca, wciąż mając w nosie wspomnienie wilgotnej ziemi.
Pierwsze, co poczuł, to obecność. Zbyt blisko. Spiął się, czując rękę Sebastiana na ramieniu, i cofnął niezgrabnie, siadając na piętach. Odwrócił głowę, jakby przyłapali go na czymś żenującym, po czym ostrożnie wstał, wspierając się na krześle.
— Wybaczcie — mruknął cicho, gasząc pod stopą fajkę, która mu wypadła.
Nienawidził, gdy takie rzeczy spotykały go przy ludziach. Poczuł się przez wizję rozbrojony, odsłonięty na cios. Przeklęte miejsce, drugi raz tego dnia wyrwało go z bezpiecznej strefy komfortu.
Chciał jak najszybciej przejść nad tą sytuacją do porządku dziennego, zamieść ją pod dywan i wrócić do wcześniejszej rozmowy. I zapewne zachowałby to, czego doświadczył, dla siebie, gdyby nie fakt, że komuś, Brennie, mogło grozić niebezpieczeństwo. Czegoś takiego nie mógł zataić tylko z powodu własnej wygody.
— Widziałem mężczyznę — zaczął powoli, nieco zgaszony, bez wcześniejszego zaangażowania. — Aurora. Szukał czegoś w ziemi, w ruinach. Wyciągnął z niej kryształową czaszkę i… mówił coś o Brennie, jakby coś jej groziło, kończył się czas. — Zatrzymał się na chwilę, aby dać im i sobie czas na przetrawienie tego. — Jedyna Brenna, jaką kojarzę, to Brenna Longbottom.
Nie wspomniał o dziwnym odczuciu wieńczącym wizję. Było zbyt ulotne, nie do końca pojął jeszcze jego znaczenie. Potrzebował chwili, aby samemu nad tym pomyśleć.
— To mogłoby wyjaśnić, dlaczego palił właśnie czarodziejów. Ofiara z magicznych stanowiła dla źródła bardziej łakomy kąsek niż mugole, kropla w morzu potencjału magicznego. — Gdy wątek żywych trupów przebił się do rozmowy, początkowo Peregrin nie potrafił umieścić ich w żadnym miejscu tej układanki. Nie był pewien, czy powinien w ogóle poważnie podchodzić do tego tematu, ale… — Jeśli Owen naprawdę widział nieumarłych, nasuwają mi się tylko dwie wersje. Albo byli celem rytuału, albo jego skutkiem ubocznym. Athelwold mógł wykorzystywać energię, aby trzymać kogoś sztucznie przy życiu. Albo to nieumarli są źródłem energii. To, co powiedziałeś o ogniu: że czarodzieje mieli sposoby, aby wyrwać się śmierci w płomieniach. Może ogień był jedynie częścią rytuału, oddawał ich energię miejscu, zostawiając ich pustych, związanych na zawsze z Windermere.
Pomysły pochłonęły go do szczętu i wyrzucał je z siebie bez filtra. Ot, swobodne idee, które wolał wypowiedzieć, aby nie uleciały na dobre. Myśli zbyt łatwo wypadały mu z głowy, więc na ogół rozważania teoretycznie prowadził ze swoim dziennikiem, lecz w tej sytuacji niekoniecznie przystawała taka forma.
— To musiało być prawdziwie traumatyczne, jeśli wolał zniknąć niż wrócić do domu — wymamrotał niewyraźnie z papierosem między zębami. Obie jego ręce zajęte były przerzucaniem szpargałów w torbie w poszukiwaniu gazety, w której czytał rano o ofiarach z nadjeziornego ośrodka. — Mugoli widzieli ostatni raz przy lesie… — zdążył jeszcze dodać, nim ni stąd, ni zowąd padł na kolana.
Niedopalony papieros wypadł z ust, głowa zwiesiła się w dół, twarz zakryły czarne loki. Zapachy, dźwięki i obrazy w jednej chwili porwały jego świadomość w przyszłość niczym fala pchana sztormem. Gdy jej wody cofnęły się, oddając go chwili obecnej, Peregrinus gwałtownie wciągnął powietrze w płuca, wciąż mając w nosie wspomnienie wilgotnej ziemi.
Pierwsze, co poczuł, to obecność. Zbyt blisko. Spiął się, czując rękę Sebastiana na ramieniu, i cofnął niezgrabnie, siadając na piętach. Odwrócił głowę, jakby przyłapali go na czymś żenującym, po czym ostrożnie wstał, wspierając się na krześle.
— Wybaczcie — mruknął cicho, gasząc pod stopą fajkę, która mu wypadła.
Nienawidził, gdy takie rzeczy spotykały go przy ludziach. Poczuł się przez wizję rozbrojony, odsłonięty na cios. Przeklęte miejsce, drugi raz tego dnia wyrwało go z bezpiecznej strefy komfortu.
Chciał jak najszybciej przejść nad tą sytuacją do porządku dziennego, zamieść ją pod dywan i wrócić do wcześniejszej rozmowy. I zapewne zachowałby to, czego doświadczył, dla siebie, gdyby nie fakt, że komuś, Brennie, mogło grozić niebezpieczeństwo. Czegoś takiego nie mógł zataić tylko z powodu własnej wygody.
— Widziałem mężczyznę — zaczął powoli, nieco zgaszony, bez wcześniejszego zaangażowania. — Aurora. Szukał czegoś w ziemi, w ruinach. Wyciągnął z niej kryształową czaszkę i… mówił coś o Brennie, jakby coś jej groziło, kończył się czas. — Zatrzymał się na chwilę, aby dać im i sobie czas na przetrawienie tego. — Jedyna Brenna, jaką kojarzę, to Brenna Longbottom.
Nie wspomniał o dziwnym odczuciu wieńczącym wizję. Było zbyt ulotne, nie do końca pojął jeszcze jego znaczenie. Potrzebował chwili, aby samemu nad tym pomyśleć.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie