21.12.2022, 16:30 ✶
Są różne rodzaje słodyczy, tak jak były różne rodzaje słodkości. Te przesłodzone i te niedosłodzone. Te, od których cię mdli i te, które sprawiają, że chcesz ich jeść jeszcze więcej. Jak wata cukrowa. Znacie kogoś, kto nie lubi waty cukrowej? No właśnie. Niby słodka tak, że ocieluj, niby z samego cukru, a jak ją zaczynałeś żreć i wtapiałeś się w ten przecudowny puszek to rozpływałeś się nad tym, jaka ona fajna. I była smakiem dzieciństwa. W życiu Sauriela było zdecydowanie za mało różu, żeby myślał o wacie cukrowej jako smaku dzieciństwa, a na pewno za mało waty cukrowej, żeby teraz zrobił się głodny. Teraz - to jest po wejściu do tego przybytku. I tak jak nazwałabym go odważnym jegomościem (i pewnie większość ludzi, która go znała, również), nawet bezczelnym, zadziwiająco łatwo adaptującym się do trudnego środowiska, tak w pełnej mocy tego zdania mogę z całą stanowczością powiedzieć, że do tego miejsca to on nie pasował. I wcale nie czuł się, jakby miał tutaj zacząć pasować.
Kawiarnia - jak najbardziej. W kawiarni jednak nie grywało się na gitarach, chyba że na fortepianie albo skrzypkach. Cyganie pewnie potrafili zachodzić do ogródków letnich i tam coś brzdąkać na swoich dziwacznych, magicznych instrumentach. Klub? No, już bardziej. Tam się zdecydowanie wpasować można było. Więc przedstawienie klubu i kawiarni w jednym w liście wypadło intrygująco i wzbudziło ułomność zdolności poznawczych. No bo... skoro do jednego Sauriel nie pasował, do drugiego tak, to... jak to miałoby tu wyglądać? W końcu wyjaśnił sobie w głowie, że pewnie mają piwniczkę. Bary w piwniczkach były wspaniaałe, takie klimatyczne. A jednak. Jak to pewna cyganka mu powiedziała: no ale nic. Teraz trzeba było ten szok poznawczy jakoś przetrawić, przerzuć i zastanowić się, czy to aby na pewno dobry pomysł, żeby się tutaj krzątał... bo przede wszystkim nie chciał przynieść (mimo wszystko) kłopotów swoją osobą. Swoją zakazaną mordą.
Te "przemyśliwywania", jakże głębokie i iście filozoficzne, zostały przerwane przez głos. Z początku nieznajomy, ale kiedy podniósł głowę i zobaczył tę słodką landrynkę w uroczej sukience od razu zaskoczyło w jego głowie. Głos całkiem znajomy - tylko lata rozłąki zatarły w głowie jego wspomnienie. Od razu się rozluźnił i nawet nieco uśmiechnął na jej widok. Dobrze wiedzieć, że niektórzy się nie zmieniają. Że życie im się układa, a marzenia spełniają. Ta jasna jak słońce nocą gwiazdka nie przygasła od momentu, kiedy ją pamiętał. Ruszył gładkim krokiem w kierunku baru, by przed nim stanąć.
- No cześć, Landrynko. - Odezwał się z klasycznym smirkiem na facjacie, opierając gitarę o bar, żeby samemu oprzeć się przedramionami o blat. - Ay, kopę lat, naprawdę... - W końcu ostatnim razem widzieli się w szkole. - Jesteś pewna, że to do "tego" Sauriela adresowałaś list? - Obrócił się przez ramię, żeby spojrzeć na to urokliwe miejsce, zanim znów zwrócił się do właścicielki. - Przecież ja tu pasuję jak gówno do róży. - Gdyyby być bardzo czerpliwym, to gównem był nawóz, nawozem nawoziło się róże, żeby były piękniejsze... No. - Irlandzką z cytryną. Albo szkocką - jak nie masz. - W zasadzie jeden pies, Sauriel szczególnie nie wybrzydzał.
Kawiarnia - jak najbardziej. W kawiarni jednak nie grywało się na gitarach, chyba że na fortepianie albo skrzypkach. Cyganie pewnie potrafili zachodzić do ogródków letnich i tam coś brzdąkać na swoich dziwacznych, magicznych instrumentach. Klub? No, już bardziej. Tam się zdecydowanie wpasować można było. Więc przedstawienie klubu i kawiarni w jednym w liście wypadło intrygująco i wzbudziło ułomność zdolności poznawczych. No bo... skoro do jednego Sauriel nie pasował, do drugiego tak, to... jak to miałoby tu wyglądać? W końcu wyjaśnił sobie w głowie, że pewnie mają piwniczkę. Bary w piwniczkach były wspaniaałe, takie klimatyczne. A jednak. Jak to pewna cyganka mu powiedziała: no ale nic. Teraz trzeba było ten szok poznawczy jakoś przetrawić, przerzuć i zastanowić się, czy to aby na pewno dobry pomysł, żeby się tutaj krzątał... bo przede wszystkim nie chciał przynieść (mimo wszystko) kłopotów swoją osobą. Swoją zakazaną mordą.
Te "przemyśliwywania", jakże głębokie i iście filozoficzne, zostały przerwane przez głos. Z początku nieznajomy, ale kiedy podniósł głowę i zobaczył tę słodką landrynkę w uroczej sukience od razu zaskoczyło w jego głowie. Głos całkiem znajomy - tylko lata rozłąki zatarły w głowie jego wspomnienie. Od razu się rozluźnił i nawet nieco uśmiechnął na jej widok. Dobrze wiedzieć, że niektórzy się nie zmieniają. Że życie im się układa, a marzenia spełniają. Ta jasna jak słońce nocą gwiazdka nie przygasła od momentu, kiedy ją pamiętał. Ruszył gładkim krokiem w kierunku baru, by przed nim stanąć.
- No cześć, Landrynko. - Odezwał się z klasycznym smirkiem na facjacie, opierając gitarę o bar, żeby samemu oprzeć się przedramionami o blat. - Ay, kopę lat, naprawdę... - W końcu ostatnim razem widzieli się w szkole. - Jesteś pewna, że to do "tego" Sauriela adresowałaś list? - Obrócił się przez ramię, żeby spojrzeć na to urokliwe miejsce, zanim znów zwrócił się do właścicielki. - Przecież ja tu pasuję jak gówno do róży. - Gdyyby być bardzo czerpliwym, to gównem był nawóz, nawozem nawoziło się róże, żeby były piękniejsze... No. - Irlandzką z cytryną. Albo szkocką - jak nie masz. - W zasadzie jeden pies, Sauriel szczególnie nie wybrzydzał.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.