01.05.2024, 22:22 ✶
Bankiety mogły być przyjemne, gdyby jej matka nie obserwowała każdego jej ruchu. Wszystko perfekcyjnie — począwszy od pantofli, kończąc na doborze kolczyków i upięciu włosów. Musiała uśmiechać się, rozmawiać i być takim Prewettem, jakiego Ayday lubiła najbardziej — salonowym. Była przyzwyczajona do tej roli, ale były faktycznie ważniejsze sprawy. Abraksany. Mara ją zabije, jak nie ukradnie jej z bankietu jabłek i kilku winogron, które w ostatnich miesiącach stały się jej przysmakiem. Rozmawiała z ludźmi, witała się, tańczyła i popijała szampana, zerkając jednak na zegarek i wzdychając okazjonalnie, szybko maskując to uśmiechem. Taki miały układ.
Gdy tylko nadarzyła się okazja, Pandora zwyczajnie uciekła — tak, by nie rzucać się w oczy. Drzwi do ogrodów były na szczęście otwarte, wystarczyło przemknąć przy kotarach, w cieniu, a potem zdjąć szpilki, odrobinę podwinąć suknię ciągnącą się do ziemi i przeskoczyć przez małą balustradę. Oczywiście w torebce miała dary dla swojej przyjaciółki. I tak przemykała w mroku po miękkiej trawie, ciesząc się ciepłym powietrzem i zaciskając w jednej dłoni zarówno pantofle, jak i zdjęte wcześniej buty. Ziemia była rześka, podobnie jak powietrze niesione ciepłymi podmuchami letniego wiatru. Odzyskała energię, gdy ulotniły się te wszystkie perfumy i aromaty jedzenia. Już myślała, że wszystko się udało i uśmiechnęła się promiennie na widok końcowego boksu, gdzie była Mara, gdy za plecami rozległ się głos. Dziewczyna podskoczyła, odwracając się z najładniejszym uśmiechem, jaki miała i o mało nie upuszczając butów. Efekt zaskoczenia był tak duży, że z początku nie połączyła głosu z właścicielem. Omiotła Basiliusa spojrzeniem, które natychmiast złagodniało i w policzkach pojawiły się dołeczki. Wzruszyła ramionami, robiąc niewinną miną, rzucając buty gdzieś na posadzkę.
- To będzie musiała być nasza tajemnica! Bo jak się wyda, to mnie matka pogoni lub co gorsza, zaręczy! - wyjaśniła konspiracyjnym szeptem, puszczając mu oczko i przykładając palec do ust. Zaraz jednak podbiegła, przytulając go na przywitanie i muskając jego policzek, raz jeszcze przyjrzała się mężczyźnie. - I zamiast ze mną zatańczyć, uratować mnie od tych wszystkich pomysłów mamy, tylko obserwowałeś? Bardzo brzydko. - uniosła brew z udawanym oburzeniem, krzyżując ręce pod biustem. Brunetka długo jednak nie była poważna, zaraz śmiejąc się pogodnie. - Czyżbyś się stęsknił za odrobiną wolności, którą dają nasi przyjaciele czy przypomniałeś sobie, jak marudzą, gdy mało ich odwiedzamy? Mara mnie pogna, jak nie dam jej darów. Wiesz, jaka jest uparta.
Wyjaśniła rozbawionym głosem, trzęsąc dyplomatycznie torebkę, gdzie ów prezenty były pochowane. Miała ich na tyle, że małą łapówkę mogła użyczyć i jemu.
Gdy tylko nadarzyła się okazja, Pandora zwyczajnie uciekła — tak, by nie rzucać się w oczy. Drzwi do ogrodów były na szczęście otwarte, wystarczyło przemknąć przy kotarach, w cieniu, a potem zdjąć szpilki, odrobinę podwinąć suknię ciągnącą się do ziemi i przeskoczyć przez małą balustradę. Oczywiście w torebce miała dary dla swojej przyjaciółki. I tak przemykała w mroku po miękkiej trawie, ciesząc się ciepłym powietrzem i zaciskając w jednej dłoni zarówno pantofle, jak i zdjęte wcześniej buty. Ziemia była rześka, podobnie jak powietrze niesione ciepłymi podmuchami letniego wiatru. Odzyskała energię, gdy ulotniły się te wszystkie perfumy i aromaty jedzenia. Już myślała, że wszystko się udało i uśmiechnęła się promiennie na widok końcowego boksu, gdzie była Mara, gdy za plecami rozległ się głos. Dziewczyna podskoczyła, odwracając się z najładniejszym uśmiechem, jaki miała i o mało nie upuszczając butów. Efekt zaskoczenia był tak duży, że z początku nie połączyła głosu z właścicielem. Omiotła Basiliusa spojrzeniem, które natychmiast złagodniało i w policzkach pojawiły się dołeczki. Wzruszyła ramionami, robiąc niewinną miną, rzucając buty gdzieś na posadzkę.
- To będzie musiała być nasza tajemnica! Bo jak się wyda, to mnie matka pogoni lub co gorsza, zaręczy! - wyjaśniła konspiracyjnym szeptem, puszczając mu oczko i przykładając palec do ust. Zaraz jednak podbiegła, przytulając go na przywitanie i muskając jego policzek, raz jeszcze przyjrzała się mężczyźnie. - I zamiast ze mną zatańczyć, uratować mnie od tych wszystkich pomysłów mamy, tylko obserwowałeś? Bardzo brzydko. - uniosła brew z udawanym oburzeniem, krzyżując ręce pod biustem. Brunetka długo jednak nie była poważna, zaraz śmiejąc się pogodnie. - Czyżbyś się stęsknił za odrobiną wolności, którą dają nasi przyjaciele czy przypomniałeś sobie, jak marudzą, gdy mało ich odwiedzamy? Mara mnie pogna, jak nie dam jej darów. Wiesz, jaka jest uparta.
Wyjaśniła rozbawionym głosem, trzęsąc dyplomatycznie torebkę, gdzie ów prezenty były pochowane. Miała ich na tyle, że małą łapówkę mogła użyczyć i jemu.