Wziął głęboki wdech, który zaszeleścił. W chwili napięcia i dumnych słów Vakela, Morpheus zwątpił w swoich bogów. Bo co, jeśli gwiazda z bożej łaski, szkolny celebryta spojrzy na niego i ujrzy, że uczucia wobec niego nie są negatywne. Co, jeżeli otworzy jakieś drzwi w jego wnętrzu, których nie będzie mógł już zamknąć? Co się wtedy wydarzy? Nie ufał jemu. Nie ufał sobie, co odczuwał jako największą zdradę. Zagryzał wnętrze policzka.
— Nie wciśniesz mi kitu, że cię znam. Ani że nadajesz się na boga. Nie ma miejsca na chwałę dla proroków.
Dlatego on zamierzał skończyć swoje życie szybko, zanim wypowie jakąś przepowiednię, która sprawi, że niczym Kasandra będzie oglądał śmierć i zagładę swojego domu, upadek murów Warowni. Dogłębnie wierzył, w sposób dramatyczny dla tego okresu w życiu, że takie jest jego przeznaczenie i musi od niego uciec. Nie chciał tylko robić przykrości swojej matce.
Nawet jeśli skóra Morpheusa Longbottoma zawsze lśniła słonecznymi półtonami, a ciepła ciemność spojrzenia bardzo często zmieniała się w zapraszającą czekoladę, jego kolorem był błękit żył pod skórą, widocznych na nadgarstkach i tworzących zwycięskie V pomiędzy palcem serdecznym oraz wskazującym. Przecież w jego żyłach płynęła błękitna krew. Nawet jeśli energia jego portretu urodzeniowego była pełna ognia i męskich aspektów, a on sam wzywał w swoich modlitwach Atenę najczęściej, chociaż karty jego życiowej ścieżki to Kapłanka i Sprawiedliwość, a on sam żył faktami i danymi, to jego dusza utożsamiała się najbardziej z wodą.
Coś niesamowicie sprzecznego działo się w te kilka chwil w umyśle Morpheusa. Dwa różne prądy ścierały się wewnątrz oceanu jego myśli, a nad nimi, nad kotłującymi się, spienionymi bałwanami toczyła się burza. Należało się tego spodziewać po Longbottomie, chociaż bardzo starał się, aby jego emocje nie eskalowały. Burza hormonów organizmu, który nie umiał zinterpretować różnych sygnałów, pomieszana z niepewnością, nowymi odczuciami i pytaniami na temat własnej tożsamości.
Dlatego właśnie stalowy gniew burzowych chmur zabrzmiał łamiącymi się w pół falami sztormu, gdy usłyszał dźwięk. Właściwie nie słyszał, co mówił Vasilij, a ten jedne dźwięk. Gniecionego kartonika.
Chciałby, aby sytuacja potoczyła się tak, jak chciał. Wstałyby stoicko z kartą między dwoma palcami, oparłby się o podłokietnik, zwisając nad młodszym czarodziejem i kazałby mu z uśmiechem przepraszać. Tak byłoby, gdyby nie oceaniczna furia jego wadliwych genów. Koniec końców był również synem swojego ojca.
Dlatego w interwale gdy Dolohov siadał, on wstał do kucków. Gdyby był sprawny, jak swoi bracia, złapałby go za kostkę jedną ręką, a drugą za kolano i nacisnąłby w obie strony, aby sprowadzić gwiazdę socjomatryczną z jasnego firmamentu wprost na podłogę. To również się nie wydarzyło.
W innej rzeczywistości zebrał karty, przyjrzał się tej zagiętej i uciekł do swojego Dormitorium, aby krzyczeć w poduszkę, budząc przy tym Anthony'ego. W tej wersji wydarzeń był bardziej synem swojej matki, kobiety łączącej dary wieszczenia i chłodnego umysłu naukowca z nutą romantycznej egzaltacji.
W tej wersji Morpheus bezpośrednio złapał Vakela za przód magicznej szaty. Nie spojrzał na to, jaką kartę uszkodził Krukon, ignorując wróżbę, jaka jasno rysowała się na podłodze Pokoju Wspólnego. Karty nie mógłby być bardziej bezpośrednie. Zamiast tego uniósł drugą rękę z zaciśniętą pięścią, z furią pokoleń Longbottomów, z ciężkim spojrzeniem. W ostatnim momencie jednak otworzył dłoń, aby uderzyć płasko, zamiast wybijać zęby przyszłemu profecie narodów.
Emocje, które nim targały, gdy stał pośród rozrzuconych kart i porzuconych słów, znów zbyt blisko Vakela, sprawiały, że wyglądał głupio.