21.12.2022, 20:13 ✶
To odruch. Zupełnie bezwarunkowy odruch. To instynkt. Zebra zawsze wiedziała, kiedy lew na sawannie kroczy leniwym krokiem, by położyć się obok jej stada, a kiedy zaczyna kroczyć cicho, gładko. Kryje się pośród żółtych traw, spalonych od słońca. Jaki był krok Fernah? Uważny, ostrożny. W tył. Jeśli odległość była odpowiednia, moc reakcji również mogła błogosławić. Odwdzięczała się tym, że lew później do ciebie doskoczy. Potencjalnie na tyle późno, że w trakcie lotu już zdąży oberwać odpowiednim zaklęciem. A krok Sauriela? Nie był krokiem leniwym. Nie był też jednak krokiem lwa skradającego się przez łany traw. Był niepewny. I ciężki. Zupełnie nie taki, jak na co dzień był prezentowany przez odzianego w skórę jegomościa. Ta namiastka bezpieczeństwa była pustką, w której ozon próbował udusić. Czujesz to? Dlatego wstrzymywany jest oddech? A może były ku temu inne, przeklęte powody? Nerwy. Niepewność. Czy lepiej troszczyć się o siebie, czy może...
... po pierwsze - nie szkodzić. Szkoda mogła być obopólna. Obcy człowiek kontra obcy człowiek. Włamywacz kontra lekarz. Ile można zyskać a ile stracić, podejmując rękawicę, którą rzuciła Matka Noc? W dzień, gdy Bóg się narodził, kiedy zwierzęta miały przemawiać ludzkim głosem, a ulice milkły. To po nich błąkał się ten zapach piernika wypuszczony z okien domów. Być może, gdzieś po drugiej strony alei, ktoś właśnie wyciągał je z piekarnika. Pierniczki skakały wesoło i bawiły gromadkę dzieci, obiecując im cały stos prezentów pod sosnową choinką. To nie czas nasz, Fernah, bo nie było miłości i ciepła w tym święcie dla tych, którzy nie radzili sobie z własną rodziną. Czujesz to? To nie święta, moja Miła. To adrenalina.
Sauriel skinął głową. Niepewnie. Tak nie w swoim stylu nadmiernie posłuszny, ale jeśli nie ktoś z Munga, to kto miał mu pomóc? Nie ruszył się. Zatrzymał się i widząc wycofanie, nie nadwyrężał tego, co dla nieznajomej było bezpieczne. Słusznie, czy niesłusznie... och, bardzo słusznie. Bo z drugiej strony czarnowłosy marzył tylko o tym, żeby rzucić się Slughorn do gardła. Wbił się więc w ziemię, przybił swoje nogi, ale teraz już był uważny. Patrzył na tę niewiastę z blizną szpecącą piegowatą twarz. Piękną, niebanalną twarz. Nie była jak wszystkie te wymuskane czystokrwiste, od których ilość pudru brudziła najlepsze garnitury. Jeśli przybije własne nogi do ziemi, to może jeszcze naprawdę będzie tu szansa. I choć nie potrzebował oddychać - sam wstrzymał teraz wdech w klatce piersiowej. Razem z nią. Dzieląc to nieszczęsne napięcie na pół. Trochę pochylony, świdrujący ją czarnymi oczyma. Ciekawe... jak smakuje..? Wolność i porażka. Jak smakuje wolność i porażka. Wolność, kiedy przestajesz już walczyć i porażka, kiedy walka naprawdę ucicha. Kiedy nawet świąteczne dzwoneczki przestają dzwonić na wietrze.
A jednak się ruszył.
Kiedy zabłysnęło światło Sauriel syknął i schował głowę w ramionach, nim mrużąc oczy ją podniósł. Zagrożenie. Oj tak, oczywiście, że czuł zagrożenie! Od kobiety, która może i opuściła różdżkę, ale nadal ją miała. Oparłeś się więc o najbliższą półkę i powierzyłeś jej część swojego ciężaru ciała, czując sprzeczne sygnały. Z jednej strony - wróg, chodzące, słodkie pożywienie. Z drugiej? Człowiek. Lekarz. Ktoś, kto mógł pomóc. I chyba miał taki zamiar, skoro zamiast potraktować petenta czarem próbował ostrożnie załagodzić sytuację.
- S-sauriel. - Nerwowo odgarnął włosy do tyłu, nie spuszczając z niej teraz oczu. Prawie przy tym nie mrugał. Był cholernie wdzięczny za to, że nie podchodziła. Że trzymała tę odległość. - Nie podchodź. - Ostrzegł ją, na moment się prostując, kiedy ta lustrowała go spojrzeniem. Ciekawe. Ciekawe, czy zastanawiała się, jaki szaleniec się tu dostał... - Potrzebuję... czegoś na ból. Uspakajającego. - Mówił przez zaciśnięcie gardło i to mówienie przychodziło z niemałym trudem. Zamiast jednak tłumaczyć to sięgnął do swojej górnej wargi i odgarnął ją palcem, ukazując ostre kły.
... po pierwsze - nie szkodzić. Szkoda mogła być obopólna. Obcy człowiek kontra obcy człowiek. Włamywacz kontra lekarz. Ile można zyskać a ile stracić, podejmując rękawicę, którą rzuciła Matka Noc? W dzień, gdy Bóg się narodził, kiedy zwierzęta miały przemawiać ludzkim głosem, a ulice milkły. To po nich błąkał się ten zapach piernika wypuszczony z okien domów. Być może, gdzieś po drugiej strony alei, ktoś właśnie wyciągał je z piekarnika. Pierniczki skakały wesoło i bawiły gromadkę dzieci, obiecując im cały stos prezentów pod sosnową choinką. To nie czas nasz, Fernah, bo nie było miłości i ciepła w tym święcie dla tych, którzy nie radzili sobie z własną rodziną. Czujesz to? To nie święta, moja Miła. To adrenalina.
Sauriel skinął głową. Niepewnie. Tak nie w swoim stylu nadmiernie posłuszny, ale jeśli nie ktoś z Munga, to kto miał mu pomóc? Nie ruszył się. Zatrzymał się i widząc wycofanie, nie nadwyrężał tego, co dla nieznajomej było bezpieczne. Słusznie, czy niesłusznie... och, bardzo słusznie. Bo z drugiej strony czarnowłosy marzył tylko o tym, żeby rzucić się Slughorn do gardła. Wbił się więc w ziemię, przybił swoje nogi, ale teraz już był uważny. Patrzył na tę niewiastę z blizną szpecącą piegowatą twarz. Piękną, niebanalną twarz. Nie była jak wszystkie te wymuskane czystokrwiste, od których ilość pudru brudziła najlepsze garnitury. Jeśli przybije własne nogi do ziemi, to może jeszcze naprawdę będzie tu szansa. I choć nie potrzebował oddychać - sam wstrzymał teraz wdech w klatce piersiowej. Razem z nią. Dzieląc to nieszczęsne napięcie na pół. Trochę pochylony, świdrujący ją czarnymi oczyma. Ciekawe... jak smakuje..? Wolność i porażka. Jak smakuje wolność i porażka. Wolność, kiedy przestajesz już walczyć i porażka, kiedy walka naprawdę ucicha. Kiedy nawet świąteczne dzwoneczki przestają dzwonić na wietrze.
A jednak się ruszył.
Kiedy zabłysnęło światło Sauriel syknął i schował głowę w ramionach, nim mrużąc oczy ją podniósł. Zagrożenie. Oj tak, oczywiście, że czuł zagrożenie! Od kobiety, która może i opuściła różdżkę, ale nadal ją miała. Oparłeś się więc o najbliższą półkę i powierzyłeś jej część swojego ciężaru ciała, czując sprzeczne sygnały. Z jednej strony - wróg, chodzące, słodkie pożywienie. Z drugiej? Człowiek. Lekarz. Ktoś, kto mógł pomóc. I chyba miał taki zamiar, skoro zamiast potraktować petenta czarem próbował ostrożnie załagodzić sytuację.
- S-sauriel. - Nerwowo odgarnął włosy do tyłu, nie spuszczając z niej teraz oczu. Prawie przy tym nie mrugał. Był cholernie wdzięczny za to, że nie podchodziła. Że trzymała tę odległość. - Nie podchodź. - Ostrzegł ją, na moment się prostując, kiedy ta lustrowała go spojrzeniem. Ciekawe. Ciekawe, czy zastanawiała się, jaki szaleniec się tu dostał... - Potrzebuję... czegoś na ból. Uspakajającego. - Mówił przez zaciśnięcie gardło i to mówienie przychodziło z niemałym trudem. Zamiast jednak tłumaczyć to sięgnął do swojej górnej wargi i odgarnął ją palcem, ukazując ostre kły.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.