06.05.2024, 17:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2024, 22:41 przez Anthony Shafiq.)
Nikt nie powinien mieć kontroli nad wszystkim. Nie powinien nawet myśleć, że ją ma, bo w obliczu wielkiego koła losu, było to tylko kłamstwo, które bardzo szybko mogło być boleśnie zweryfikowane. Tak to jednak było z Anthonym, że od maleńkości pozbawiono go samodecydowania o sobie, więc gdy wywalczył sobie autonomię zębami i pazurami, nie zamierzał oddawać ani jej kawałka. Nie zamierzał, aż do tej upalnej nocy, do zderzenia dwóch światów na chłodnych kafelkach niewielkiego hotelowego saloniku.
Chłonął i uwielbiał w nim absolutnie wszystko, wrzącą skórę, kpiący uśmiech, kształt wyprężonej, oświetlonej li tylko księżycem zaglądającym przez okna tarasu sylwetki, kształt dźwięków i słów unoszących się w powietrzu, dopełniających tylko tego idealnego obrazu. Niepomny na to jak płoną mu wciąż obojczyki od dwóch zachłannych ugryzień, niepomny zderzenia z podłogą i tego, że być może jutro będą siniaki. Oby więcej, oby mocniej! Chciał wszystkiego na raz i może dobrze, że Erik znajdował upodobanie w wydłużaniu wstępnej wzajemnej eksploracji, bo w Anthonym zdecydowanie brak było jakiegokolwiek opamiętania, wysublimowanych gestów degustatora, z którego dał się poznać przed pierwsze dni ich owocnej znajomości. Gdyby od niego to zależało, pewnie nigdy nie opuściliby korytarza.
Sprzączka uderzyła o kafelki, gdy znów z przestrzeni wychynęły mocarne dłonie, zarzucając nim dalej, nieco w kierunku dywanu, wciąż jednak nie sięgając jakiegokolwiek zmiękczenia ich stanu. Głowa uderzyła o kafelki, serce waliło jak oszalałe, a wywrócona doniczka z draceną była małą, kolejną ofiarą w tej nierównej walce. Doświadczał pocałunków walcząc ze znów rosnącym zniecierpliwieniem, ale gdy Erik postanowił zatrzymać się na splocie słonecznym zaśmiał się krótko, a palce same znalazły drogę pomiędzy gęstymi włosami kochanka, łapiąc je mocno, zmuszając go do tego, by zadarł głowę i spojrzał na niego.
– A może Ty jej potrzebujesz co? Wygląda na to, że się zgubiłeś... – podniecenie splotło się z rozbawieniem, a chwilę później, być może ku zaskoczeniu Erika, nie popchnął go w dół, a pociągnął w górę, zachłanny jego ust, ale też zachłanny jego ciężaru na sobie, tarcia skóry o skórę w końcu, gdy obaj byli pozbawieni koszul. Płonął i zamarzał, w dziwnej analogii do wrażeń płynących podczas pierwszego aktu opery. Widać tak właśnie miała wyglądać jego noc, choć za nic nie zamieniłby tego stanu i gdyby musiał cofnąć się w czasie odtwarzałby punkt po punkcie zmierzch drogę, którą musieli przebyć by znaleźć się tutaj.
Zapamiętały w pocałunku, konsekwentnie szukał dywersją drogi w dolne partie drugiego ciała, zwłaszcza teraz, gdy pasek tak bezwzględnie już nie chronił do nich dostępu. Choć jedna z dłoni ukorzeniła się we włosach, nic nie przeszkadzało drugiej sunąć wzdłuż kręgosłupa w dół i podstępnie wsunąć się za graniczną linię pozostałego ubioru. Tracił oddech, galopujące serce słodko kuło go coraz bardziej, ale nic nie było w stanie przerwać tego pędu, głodu który nim zawładnął. Nie było słów, nie było mowy, tylko spragniony giętki język tańczący z drugim, poszukujące zaborcze dłonie wciąż nie mogły znaleźć najlepszego dla siebie ułożenia, a ciało dreszczem domagało się wciąż więcej i więcej.
Chłonął i uwielbiał w nim absolutnie wszystko, wrzącą skórę, kpiący uśmiech, kształt wyprężonej, oświetlonej li tylko księżycem zaglądającym przez okna tarasu sylwetki, kształt dźwięków i słów unoszących się w powietrzu, dopełniających tylko tego idealnego obrazu. Niepomny na to jak płoną mu wciąż obojczyki od dwóch zachłannych ugryzień, niepomny zderzenia z podłogą i tego, że być może jutro będą siniaki. Oby więcej, oby mocniej! Chciał wszystkiego na raz i może dobrze, że Erik znajdował upodobanie w wydłużaniu wstępnej wzajemnej eksploracji, bo w Anthonym zdecydowanie brak było jakiegokolwiek opamiętania, wysublimowanych gestów degustatora, z którego dał się poznać przed pierwsze dni ich owocnej znajomości. Gdyby od niego to zależało, pewnie nigdy nie opuściliby korytarza.
Sprzączka uderzyła o kafelki, gdy znów z przestrzeni wychynęły mocarne dłonie, zarzucając nim dalej, nieco w kierunku dywanu, wciąż jednak nie sięgając jakiegokolwiek zmiękczenia ich stanu. Głowa uderzyła o kafelki, serce waliło jak oszalałe, a wywrócona doniczka z draceną była małą, kolejną ofiarą w tej nierównej walce. Doświadczał pocałunków walcząc ze znów rosnącym zniecierpliwieniem, ale gdy Erik postanowił zatrzymać się na splocie słonecznym zaśmiał się krótko, a palce same znalazły drogę pomiędzy gęstymi włosami kochanka, łapiąc je mocno, zmuszając go do tego, by zadarł głowę i spojrzał na niego.
– A może Ty jej potrzebujesz co? Wygląda na to, że się zgubiłeś... – podniecenie splotło się z rozbawieniem, a chwilę później, być może ku zaskoczeniu Erika, nie popchnął go w dół, a pociągnął w górę, zachłanny jego ust, ale też zachłanny jego ciężaru na sobie, tarcia skóry o skórę w końcu, gdy obaj byli pozbawieni koszul. Płonął i zamarzał, w dziwnej analogii do wrażeń płynących podczas pierwszego aktu opery. Widać tak właśnie miała wyglądać jego noc, choć za nic nie zamieniłby tego stanu i gdyby musiał cofnąć się w czasie odtwarzałby punkt po punkcie zmierzch drogę, którą musieli przebyć by znaleźć się tutaj.
Zapamiętały w pocałunku, konsekwentnie szukał dywersją drogi w dolne partie drugiego ciała, zwłaszcza teraz, gdy pasek tak bezwzględnie już nie chronił do nich dostępu. Choć jedna z dłoni ukorzeniła się we włosach, nic nie przeszkadzało drugiej sunąć wzdłuż kręgosłupa w dół i podstępnie wsunąć się za graniczną linię pozostałego ubioru. Tracił oddech, galopujące serce słodko kuło go coraz bardziej, ale nic nie było w stanie przerwać tego pędu, głodu który nim zawładnął. Nie było słów, nie było mowy, tylko spragniony giętki język tańczący z drugim, poszukujące zaborcze dłonie wciąż nie mogły znaleźć najlepszego dla siebie ułożenia, a ciało dreszczem domagało się wciąż więcej i więcej.