06.05.2024, 20:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2024, 20:38 przez Alastor Moody.)
Siedzę z siorką i myślę o tym, że lubienie kuzyna jest totalnie gejowe.
Przyjęcia tematyczne nigdy nie były jego mocną stroną. Jeżeli nie widziano Alastora Moody'ego w mundurze Aurora, to prawdopodobnie miał na sobie coś z arsenału identycznych spodni i koszul. Nie należał do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbali, przykładali uwagę do czegoś takiego jak własny wygląd, a nawet gdyby - patrząc prawdzie prosto w te jej smutne jak cholera oczy - jakby się nie ubrał i czego by nie zrobił z włosami, nic nie dałoby rady ukryć tego, że był szczerbaty, wiecznie obity i (cóż) pierdolnięty w dekiel. I taki dekiel właśnie założył sobie na łeb, przygniatając roztrzepane włosy i sprawiając, że kiedy odwrócił się, żeby pocałować siostrę w czubek głowy, omal nie pieprznął jej tym w czoło.
Alastor Moody przebrał się za dzbanek. Dzbanek z ich mieszkania. Do przykrycia tegoż garnuszka przykleił kawałek gumki, którą zaczepił sobie pod brodą - tak żeby wyglądało to jak czapka. Szkoda, że spadało kiedy się schylał, ale taka widocznie była cena za bycie królem imprezy...? Resztę dzbanka trzymał po prostu w ręku. Używał jej jak torebki. Miał tam aktualnie swoją butelkę z wódką i paczkę papierosów, które popalał. W beżowych, sztruksowych spodniach i jasnej koszulce wpisał się nawet w schemat kolorystyczny tegoż czajniczka, więc mimo naprawdę małej kreatywności, widać było, że jak na niego bardzo się w to całe przyjęcie zaangażował. Nie codziennie twoja siostra miała urodziny. Nie co roku miała urodziny po wyjściu z Lecznicy Dusz. Nie co roku świętowaliście to, że w ogóle jeszcze żyjecie. Po tym cholernym Beltane nic już nie było takie oczywiste jak wcześniej.
- Los skazał cię na męczenie się z naszą dwójką trochę dłużej - zażartował, a później zachłysnął się powietrzem, bo kurwa - nie mówił tego głośno, ale naprawdę się o nią martwił. O Caina zresztą też, ale... O ile potrafił być miękki dla Millie (bo to jego oczko w głowie i chyba nigdy w życiu się tak nie załamał jak widząc ją leżącą w bezruchu w szpitalnym łóżku, a przeżył przecież śmierć własnej matki), to dla niego nie. Bo to było niemęskie. Potrafił więc zaoferować mu pomoc. Zaprosić go do ich lokum, żeby nie siedział sam, tylko z rodziną. Szepnąć coś Mills, żeby mu przekazała i niby ona na to wpadła, ale tak po prostu powiedzieć kuzynowi, że ci na nim zależało - tego się w rodzinie Moodych nie robiło, a on nie potrafił tegoż schematu przełamać od ponad trzydziestu lat. Z jednym, jedynym wyjątkiem, ale to były już przecież sprawy zapomniane, wciśnięte tak głęboko pod dywan jak się tylko dało, bo jak w myślach szczekał na każdego, kto by śmiał obrazić kogoś za bycie pedałem, to sam by pewnie zaszlochał w głębi siebie, gdyby ktokolwiek nazwał go zniewieściałym. W głębi siebie, bo chłopaki nie płaczą i roniąc łzy, udowodniłby komuś, że miał rację. Tak, to była tragikomedia. - I dobrze, bo nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - Uśmiechnął się szerzej, oferując jej paczkę papierosów, zanim wyciągnął z niej jednego dla siebie. - A... Mills? Czemu Alicja w Krainie Czarów? - Oczywiście, że nigdy tego nie przeczytał. - Ona się przenosi do innego świata?
Przyjęcia tematyczne nigdy nie były jego mocną stroną. Jeżeli nie widziano Alastora Moody'ego w mundurze Aurora, to prawdopodobnie miał na sobie coś z arsenału identycznych spodni i koszul. Nie należał do ludzi, którzy o siebie szczególnie dbali, przykładali uwagę do czegoś takiego jak własny wygląd, a nawet gdyby - patrząc prawdzie prosto w te jej smutne jak cholera oczy - jakby się nie ubrał i czego by nie zrobił z włosami, nic nie dałoby rady ukryć tego, że był szczerbaty, wiecznie obity i (cóż) pierdolnięty w dekiel. I taki dekiel właśnie założył sobie na łeb, przygniatając roztrzepane włosy i sprawiając, że kiedy odwrócił się, żeby pocałować siostrę w czubek głowy, omal nie pieprznął jej tym w czoło.
Alastor Moody przebrał się za dzbanek. Dzbanek z ich mieszkania. Do przykrycia tegoż garnuszka przykleił kawałek gumki, którą zaczepił sobie pod brodą - tak żeby wyglądało to jak czapka. Szkoda, że spadało kiedy się schylał, ale taka widocznie była cena za bycie królem imprezy...? Resztę dzbanka trzymał po prostu w ręku. Używał jej jak torebki. Miał tam aktualnie swoją butelkę z wódką i paczkę papierosów, które popalał. W beżowych, sztruksowych spodniach i jasnej koszulce wpisał się nawet w schemat kolorystyczny tegoż czajniczka, więc mimo naprawdę małej kreatywności, widać było, że jak na niego bardzo się w to całe przyjęcie zaangażował. Nie codziennie twoja siostra miała urodziny. Nie co roku miała urodziny po wyjściu z Lecznicy Dusz. Nie co roku świętowaliście to, że w ogóle jeszcze żyjecie. Po tym cholernym Beltane nic już nie było takie oczywiste jak wcześniej.
- Los skazał cię na męczenie się z naszą dwójką trochę dłużej - zażartował, a później zachłysnął się powietrzem, bo kurwa - nie mówił tego głośno, ale naprawdę się o nią martwił. O Caina zresztą też, ale... O ile potrafił być miękki dla Millie (bo to jego oczko w głowie i chyba nigdy w życiu się tak nie załamał jak widząc ją leżącą w bezruchu w szpitalnym łóżku, a przeżył przecież śmierć własnej matki), to dla niego nie. Bo to było niemęskie. Potrafił więc zaoferować mu pomoc. Zaprosić go do ich lokum, żeby nie siedział sam, tylko z rodziną. Szepnąć coś Mills, żeby mu przekazała i niby ona na to wpadła, ale tak po prostu powiedzieć kuzynowi, że ci na nim zależało - tego się w rodzinie Moodych nie robiło, a on nie potrafił tegoż schematu przełamać od ponad trzydziestu lat. Z jednym, jedynym wyjątkiem, ale to były już przecież sprawy zapomniane, wciśnięte tak głęboko pod dywan jak się tylko dało, bo jak w myślach szczekał na każdego, kto by śmiał obrazić kogoś za bycie pedałem, to sam by pewnie zaszlochał w głębi siebie, gdyby ktokolwiek nazwał go zniewieściałym. W głębi siebie, bo chłopaki nie płaczą i roniąc łzy, udowodniłby komuś, że miał rację. Tak, to była tragikomedia. - I dobrze, bo nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. - Uśmiechnął się szerzej, oferując jej paczkę papierosów, zanim wyciągnął z niej jednego dla siebie. - A... Mills? Czemu Alicja w Krainie Czarów? - Oczywiście, że nigdy tego nie przeczytał. - Ona się przenosi do innego świata?
fear is the mind-killer.