07.05.2024, 11:00 ✶
- Byłbym okrutny, gdybym pozwolił ci wybrać tylko jedną. W obu wyglądałaś zjawiskowo - odpowiedział, siląc się na uśmiech. Marie latały motylki w brzuchu, jemu zaś… Też coś latało, ale z pewnością nie były to motylki. - Proszę, potraktuj to jako prezent przeprosinowy, że w ogóle doszło do tego nieszczęśliwego wypadku.
Który wypadkiem wcale nie był, ale Abbott tego nie wiedziała. Wiedział Robert - od początku. I od pewnego momentu także Rodolphus. Ale Marie była biedna, nieświadoma, wrzucona we mgłę, w której widziała tylko to, co było przed jej nosem i to w odległości zaledwie pół metra, nie więcej. Jak dziecko, które potrzebowało latarni, by obrać właściwy kierunek. Pech chciał, że latarnia, którą metaforycznie trzymał Lestrange, prędzej miała okazać się jej zgubą, niż ratunkiem.
Lestrange otworzył przed Marie drzwi, zachęcając ją uśmiechem do tego, by wyszła pierwsza z Rosiera. Sukienki zostały opłacone, Rodolphus dostał kwitek, potwierdzający opłacenie oraz termin odbioru. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, wręczył go Marie.
- Chciałbym obiecać, że będę przy odbiorze, ale obawiam się, że moja praca może mi pokrzyżować plany - wyjaśnił z udawanym smutkiem. - Bezpieczniej będzie, jeśli zjawisz się za te kilka dni osobiście i napiszesz do mnie, czy wszystko z sukienkami jest w porządku, dobrze?
Kąciki ust drgnęły, wyginając się w uśmiechu. Gdy musiał, potrafił to robić - miał niezwykle plastyczną twarz, zdolną do wykonywania różnych ekspresji. Uśmiech, śmiech, zaskoczenie, smutek, rozpacz… To było dla niego łatwe. Po prostu nie korzystał z tej umiejętności często z prostych powodów - im rzadziej się uśmiechał, tym jego uśmiech stawał się cenniejszy dla osób takich jak Marie.
- Czy masz jakąś ulubioną kawiarnię, w której jest stosunkowo cicho? Tak, żeby nikt nie przerywał w rozmowie - wolałby unikać zatłoczonych miejsc. Choćby dlatego, że nie chciał, by ktokolwiek znajomy zobaczył ich razem, nawet jeśli nic takiego się nie działo.
Który wypadkiem wcale nie był, ale Abbott tego nie wiedziała. Wiedział Robert - od początku. I od pewnego momentu także Rodolphus. Ale Marie była biedna, nieświadoma, wrzucona we mgłę, w której widziała tylko to, co było przed jej nosem i to w odległości zaledwie pół metra, nie więcej. Jak dziecko, które potrzebowało latarni, by obrać właściwy kierunek. Pech chciał, że latarnia, którą metaforycznie trzymał Lestrange, prędzej miała okazać się jej zgubą, niż ratunkiem.
Lestrange otworzył przed Marie drzwi, zachęcając ją uśmiechem do tego, by wyszła pierwsza z Rosiera. Sukienki zostały opłacone, Rodolphus dostał kwitek, potwierdzający opłacenie oraz termin odbioru. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, wręczył go Marie.
- Chciałbym obiecać, że będę przy odbiorze, ale obawiam się, że moja praca może mi pokrzyżować plany - wyjaśnił z udawanym smutkiem. - Bezpieczniej będzie, jeśli zjawisz się za te kilka dni osobiście i napiszesz do mnie, czy wszystko z sukienkami jest w porządku, dobrze?
Kąciki ust drgnęły, wyginając się w uśmiechu. Gdy musiał, potrafił to robić - miał niezwykle plastyczną twarz, zdolną do wykonywania różnych ekspresji. Uśmiech, śmiech, zaskoczenie, smutek, rozpacz… To było dla niego łatwe. Po prostu nie korzystał z tej umiejętności często z prostych powodów - im rzadziej się uśmiechał, tym jego uśmiech stawał się cenniejszy dla osób takich jak Marie.
- Czy masz jakąś ulubioną kawiarnię, w której jest stosunkowo cicho? Tak, żeby nikt nie przerywał w rozmowie - wolałby unikać zatłoczonych miejsc. Choćby dlatego, że nie chciał, by ktokolwiek znajomy zobaczył ich razem, nawet jeśli nic takiego się nie działo.