Po powrocie z Irlandii, gdzie udał się razem z Richardem, miał na swojej głowie pilniejsze sprawy niż rozmowa z bratankiem. Potrafił trzymać się priorytetów. Nie miał z tym większych problemów. Zarazem nie znaczyło to, że pojawienie się Charlesa w Londynie mu umknęło. Był to zwyczajnie jeden z tych tematów, które grzecznie czekały w kolejce. Prędzej lub później Robert planował się nim odpowiednio zająć.
Padło na ten konkretny moment.
- Rozumiem. – skwitował jego wyjaśnienia. Oczywiście wszystkiego na spokojnie wysłuchał. Nawet kilka razy pokiwał sobie przy tym głową. Nie przerywał dzieciakowi i dopiero kiedy ten skończył, przedstawił mu swój punkt widzenia. Własne spojrzenie. – Tylko widzisz, Charles. Możliwość nawiązania kontaktu z kimś, kto na dłuższy czas przeniósł się do Londynu, to nie to samo, co stały kontakt z kimś na miejscu. W Oslo. Rozumiem, że starałeś się wszystko zabezpieczyć, ale znam się na tym biznesie. Zajmuje się nim wystarczająco długo, żeby wiedzieć jak to działa. A także, że przy odpowiedniej ofercie konkurencji, łącząca nas umowa nie zostanie przedłużona. – trochę go to irytowało. Starał się jednak nie dać tego po sobie poznać. Wolałby, żeby tę przeprowadzkę pierw z nim przedyskutowali. Dograli szczegóły. Te istotne przez wzgląd na rodzinny biznes. Stało się jednak jak się stało i teraz należało coś na to zaradzić. – Chciałbym nie musieć się martwić, ale potencjalna utrata tych kontaktów, byłaby dla nas dużym ciosem. Nie możemy sobie na to pozwolić ze względów finansowych. Tutaj, w Londynie, konkurencja jest naprawdę spora. Nie jest łatwo utrzymać się na powierzchni. Oferowany towar musi się czymś wyróżniać. – tutaj na chwilę zamilkł, dając dzieciakowi czas, żeby to sobie poukładał; żeby ten przekaz do niego dotarł. – Rozumiesz, do czego zmierzam? – odezwał się po tej krótkiej przewie. Tym razem było to trochę ponaglające. Zachęcające do potwierdzenia. Zaprzeczenia. Do zabrania głosu. – Cieszę się, że chcesz pomóc. I naprawdę chętnie tę pomoc przyjmę, ale dopiero po tym, kiedy ustalimy jej ramy i nasze możliwości. Bo widzisz, Charlie… - tym razem pozwolił sobie na to, aby posłużyć się zdrobniałą wersją imienia bratanka. Coś zapewne niespodziewanego. Coś co do Roberta niekoniecznie pasowało. Miało jednak miejsce. I zadziałać mogło nie gorzej od zaklęcia confundus. - …wierzę, że nam obydwu zależy na tym samym. Bo zależeć na tym samym powinno.