07.05.2024, 18:41 ✶
Dolohov czuł tę scenę. Nie chciał, aby wisząca nad nią, ciemnoniebieska aura zniknęła - chciał w niej utonąć, chociaż rzadko miewał takie pragnienia, a... kiedy chodziło o innych ludzi? Chyba nigdy. Upadł, coś go ugryzło i opuchlizna przysłoniła resztki poczytalności - w jego marzeniu mogliby pobawić się tą rozmową jak w improwizowanym teatrze, zobaczyć gdzie zaniesie ich ryzyko, którego się podjął. To był jego księżyc - jego mały, magiczny ogród na księżycu, pełen kwiatów, które Morpheus zechciał zrujnować. Zerwać je, rozdeptać, potraktować jakimś ogniem piekielnym płynącym z tego, że najwyraźniej pomylił się wobec niego - nie był nikim, kogo powinien obdarzyć tak głęboką uwagą.
Nie chodziło tylko o to, że próbując otworzyć bramę do głowy Morpheusa nie mógł poczuć się jak jego władca. Już idąc nad nim, czuł się jak pan na swoich włościach, nawet jeżeli stojąc w przedsionku tak złożonego i ciekawego umysłu nie powinien odważyć się na nic ponad niepewne spekulacje.
Chodziło o traumy. Traumy, których nie zdołał przed nim ukryć.
Jak reagują ludzie, których uderzasz niespodziewanie w twarz? Płaczem? Krzykiem? Chaosem? Chęcią oddania ci ze zdwojoną siłą, żebyś poczuł, jak to jest? Po Dolohovie można było spodziewać się wielu rzeczy - bo był delikatny, bo to ciało nie miało żadnych szans w starciu z kimś, kto parał się pracą fizyczną w choćby najmniejszym stopniu, jednocześnie miał bardzo dominujący charakter. Można więc pomyśleć z zachwytem - walczyłby. Niestety w tej ruinie tej pięknej sceny, żaden był z niego wojownik, momentalnie stał się niewiastą w opałach - żałośnie wręcz drobny, wychudzony, o dziewczęcych oczach przykrytych woalką ciemnych, wilgotnych rzęs. Piękny, ale na pewno nie piękny w takim znaczeniu, jakiego chciałoby się użyć wobec mężczyzny. Jego ojciec, ten co go uderzył w ten sposób nie raz i nie dwa, nie zważając na takie drobnostki jak to czy trzymając rękę w określony sposób, zada mu przy takim wylewie frustracji mniej bólu, nazwałby go po prostu zniewieściałym. Z takiej odległości, trzymając go za fraki, zmuszając go do zmierzenia z ciosem, przed jakim nie był w stanie się obronić, można było podziwiać jak człowiek mający się za kogoś lepszego w każdym calu, nawet nie próbuje się odsunąć. Przyjął ten cios z całą jego mocą, zaciskając jedynie oczy. Bo kiedy jego ojciec decydował, że pora zaprowadzić go pod pręgierz, mówienie mu nie po prostu nie działało, a zasłanianie się ręką powodowało, że powtarzał to kilka razy mocniej.
Dla niego to był absolutny koniec tej znajomości. Uderzone miejsce zrobiło się czerwone, ale on ani nie płakał, ani nie wyglądał na kogoś, kto Morpheusowi odda. Wyglądał na zwyczajnie zawiedzionego.
- Niech twoją karą za to skurwysyństwo będzie to, że nigdy nie dowiesz się tego, o czym bym ci opowiedział. - Mówił spokojnie, powstrzymując się przed napluciem mu w twarz. To byłoby fantastyczne, gdyby to zrobił. Gdyby potrafił domknąć w ten sposób tę historię, dać sobie przynajmniej tę jedną, drobną rzecz. Niestety nie był do tego zdolnym. Jak skończony tchórz, potrafił jedynie odejść w ciszy, nie dając sobie choćby uszczknąć sekundy triumfu. Gdzieś po drodze szepnął do siebie, że to się w nim kiedyś zmieni, ale mylił się - najwyraźniej niektórym zapisano w gwiazdach zwycięstwa jedynie w potyczkach słownych.
Nie chodziło tylko o to, że próbując otworzyć bramę do głowy Morpheusa nie mógł poczuć się jak jego władca. Już idąc nad nim, czuł się jak pan na swoich włościach, nawet jeżeli stojąc w przedsionku tak złożonego i ciekawego umysłu nie powinien odważyć się na nic ponad niepewne spekulacje.
Chodziło o traumy. Traumy, których nie zdołał przed nim ukryć.
Jak reagują ludzie, których uderzasz niespodziewanie w twarz? Płaczem? Krzykiem? Chaosem? Chęcią oddania ci ze zdwojoną siłą, żebyś poczuł, jak to jest? Po Dolohovie można było spodziewać się wielu rzeczy - bo był delikatny, bo to ciało nie miało żadnych szans w starciu z kimś, kto parał się pracą fizyczną w choćby najmniejszym stopniu, jednocześnie miał bardzo dominujący charakter. Można więc pomyśleć z zachwytem - walczyłby. Niestety w tej ruinie tej pięknej sceny, żaden był z niego wojownik, momentalnie stał się niewiastą w opałach - żałośnie wręcz drobny, wychudzony, o dziewczęcych oczach przykrytych woalką ciemnych, wilgotnych rzęs. Piękny, ale na pewno nie piękny w takim znaczeniu, jakiego chciałoby się użyć wobec mężczyzny. Jego ojciec, ten co go uderzył w ten sposób nie raz i nie dwa, nie zważając na takie drobnostki jak to czy trzymając rękę w określony sposób, zada mu przy takim wylewie frustracji mniej bólu, nazwałby go po prostu zniewieściałym. Z takiej odległości, trzymając go za fraki, zmuszając go do zmierzenia z ciosem, przed jakim nie był w stanie się obronić, można było podziwiać jak człowiek mający się za kogoś lepszego w każdym calu, nawet nie próbuje się odsunąć. Przyjął ten cios z całą jego mocą, zaciskając jedynie oczy. Bo kiedy jego ojciec decydował, że pora zaprowadzić go pod pręgierz, mówienie mu nie po prostu nie działało, a zasłanianie się ręką powodowało, że powtarzał to kilka razy mocniej.
Dla niego to był absolutny koniec tej znajomości. Uderzone miejsce zrobiło się czerwone, ale on ani nie płakał, ani nie wyglądał na kogoś, kto Morpheusowi odda. Wyglądał na zwyczajnie zawiedzionego.
- Niech twoją karą za to skurwysyństwo będzie to, że nigdy nie dowiesz się tego, o czym bym ci opowiedział. - Mówił spokojnie, powstrzymując się przed napluciem mu w twarz. To byłoby fantastyczne, gdyby to zrobił. Gdyby potrafił domknąć w ten sposób tę historię, dać sobie przynajmniej tę jedną, drobną rzecz. Niestety nie był do tego zdolnym. Jak skończony tchórz, potrafił jedynie odejść w ciszy, nie dając sobie choćby uszczknąć sekundy triumfu. Gdzieś po drodze szepnął do siebie, że to się w nim kiedyś zmieni, ale mylił się - najwyraźniej niektórym zapisano w gwiazdach zwycięstwa jedynie w potyczkach słownych.
with all due respect, which is none