09.05.2024, 19:46 ✶
Były rzeczy, które Cathal dostrzegał w przypadku Ulyssesa jak na dłoni. To, jak ten bardzo był niedopasowany niemal wszędzie, a jak – przynajmniej kiedyś – dopasować się, znaleźć swoje miejsce chciał. Jego przywiązanie do ojca i chęć zadowolenia go, które zaowocowały tym, że Ulysses wiódł życie, które mało go chyba satysfakcjonowało. Wyłapywał chyba też do pewnego stopnia i podziw Rookwooda, mogący wynikać z tego, że Cathal sam zarządzał swoim życiem, co z jednej strony być może dawało Ulyssesowi jakąś cząstkę czegoś, co należało „do niego”, nie do rodziny Rookwoodów, z drugiej sprawiało zaś, że ten nie chciał Shafiqa urazić.
Nie był pewien, czy rozumie Ulyssesa, ale zdawało mu się, że jeśli ktokolwiek może to zrobić, to on.
I zdawało mu się też, że Ulysses całkiem nieźle rozumie jego.
Rzadko gniewał się na Rookwooda: miał wobec niego niezmierzone wręcz pokłady cierpliwości, po części pewnie związane z tym, że widział w nim lata temu wersję siebie, która miała w życiu mniej szczęścia, po części wynikające z tego porozumienia, które nie zawsze wymagało słów. Ale teraz wszystkie drobiazgi, które mogłyby go zirytować, stawały się powodem do wielkiego gniewu, a rzeczy, na które nawet nie zwracał dotąd uwagi, tę złość podsycały.
Nikt nie potrafi cię rozgniewać tak, jak on, szeptało coś w jego głowie, i nawet jeżeli wciąż myślał, że może to Slytherin, nie potrafił już tej złości opanować.
– Przynajmniej wreszcie mówisz za siebie – powiedział Cathal, nietypowym dla siebie, nieco opryskliwym tonem, po czym znów uniósł do ust papierosa. – Dlaczego ja mam wybierać? Nie możesz chociaż raz powiedzieć, czego faktycznie ty chcesz i nie przejmować się, co woleliby wybrać inni? – dorzucił zaraz, niemalże napastliwie. Czasem się tak do kogoś zwracał, owszem, ale były to rzadkie przypadki – zwłaszcza odkąd przestał być gołowąsem. Ale teraz… bogowie, ależ był wściekły na Ulyssesa za to, że to, że to on może wybrać. Dlaczego Rookwood nie mógł przynajmniej od czasu do czasu wybrać sam za siebie?!
Nie był pewien, czy rozumie Ulyssesa, ale zdawało mu się, że jeśli ktokolwiek może to zrobić, to on.
I zdawało mu się też, że Ulysses całkiem nieźle rozumie jego.
Rzadko gniewał się na Rookwooda: miał wobec niego niezmierzone wręcz pokłady cierpliwości, po części pewnie związane z tym, że widział w nim lata temu wersję siebie, która miała w życiu mniej szczęścia, po części wynikające z tego porozumienia, które nie zawsze wymagało słów. Ale teraz wszystkie drobiazgi, które mogłyby go zirytować, stawały się powodem do wielkiego gniewu, a rzeczy, na które nawet nie zwracał dotąd uwagi, tę złość podsycały.
Nikt nie potrafi cię rozgniewać tak, jak on, szeptało coś w jego głowie, i nawet jeżeli wciąż myślał, że może to Slytherin, nie potrafił już tej złości opanować.
– Przynajmniej wreszcie mówisz za siebie – powiedział Cathal, nietypowym dla siebie, nieco opryskliwym tonem, po czym znów uniósł do ust papierosa. – Dlaczego ja mam wybierać? Nie możesz chociaż raz powiedzieć, czego faktycznie ty chcesz i nie przejmować się, co woleliby wybrać inni? – dorzucił zaraz, niemalże napastliwie. Czasem się tak do kogoś zwracał, owszem, ale były to rzadkie przypadki – zwłaszcza odkąd przestał być gołowąsem. Ale teraz… bogowie, ależ był wściekły na Ulyssesa za to, że to, że to on może wybrać. Dlaczego Rookwood nie mógł przynajmniej od czasu do czasu wybrać sam za siebie?!