22.12.2022, 16:54 ✶
Łatwo się było zapomnieć. Gdzieś zboczyć. Błądzenie było tym łatwiejsze, im mniej się skupiałeś na procesie wędrówki, a Sauriel w ogóle się na nim nie skupiał. Widział tylko jej finisz, mimo tego, że do mety było jeszcze bardzo, bardzo daleko. Gdzie ta meta, zapytacie? Ano - w ślubie. W momencie, kiedy jego dom zostanie nawiedzony przez kolejny niechciany element. By błądzić, trzeba jednak najpierw naprawdę podjąć wędrówkę. Żeby zapomnieć - trzeba mieć o czym zapominać. Obraz Victorii zmieniał się bardzo gładko. Z zarumienionej panienki na panienkę, która już przeszła przez pierwszy proces narzeczeństwa i miała jakieś tam doświadczenie w tym temacie. Która była naprawdę ambitna i po prostu nie była gotowa płacić ceny wygód i swojej kariery dla głośnego krzyczenia, jak bardzo jej się to wszystko nie podoba. Zastanowiło cię to, jak wyglądały zaręczyny twoich rodziców. Czy też nie lubili się od pierwszego wejrzenia? Anna zawsze wydawała się zapatrzona w Eryka do pewnego stopnia. Spoglądała na niego czasem tak tęsknie, jakby straciła coś, co już nigdy do niej wróci. Jakby straciła męża, chociaż ten ciągle przy niej był. Eryk? Wydawał się traktować żonę prawie jak powietrze. Nie krzyczeli jednak na siebie. Już nie. Była tylko cisza i wymiany ewentualnych grzeczności, żeby utrzymać to wszystko na znośnym do przeżycia stanie. Nie było w tym satysfakcji.
- I tak już go tracisz. - Raczył zauważyć, bo przecież siedzieli w tej knajpie i... no niby mogli wyjść wcześniej, udawać, że tu byli i że było okej, że przesiedzieli do północy. Skłamać. Jak jednak już ustalili i jak to Victoria ujęła - nie warto było dla czegoś takiego ryzykować swojego zaplanowanego już życia. Rozumiałeś doskonale, jakim głębokim i grząskim bagnem były kontakty z własną rodziną, kiedy groziło ci, że cię pochłonie, jeśli nie będziesz poruszać się tak, jak ci zagrają. Im mocniej wierzgasz tym bardziej cię wciąga. - Musiałaś mieć bardzo nieciekawe życie. - Skoro zawsze rodzice byli z nim dumni, znaczy że co? Że naprawdę była pieprzonym, chodzącym ideałem. Naprawdę nie lubił takich osób. Zadzierających nosa, bo są tacy dobrzy. Że ich zajebisty świat układał się super zajebiście dobrze, bo... bo mieli trochę szczęścia w tym życiu. Victoria też wcale nie miała takiego wielkiego pecha. Chyba że marzyły się jej jednak te dzieci. Wtedy tak - pech był dotkliwy.
- Mówię tylko prawdę, a ty mówisz, że to obraza, więc... jednak prawda w oczy kole. - Wzruszył ramionami, bo co ona to poradzi? Mogła zaprzeczać ile chciała, a przecież taki był fakt. Po nim to spływało jak po kaczce. No tak, tak było - i co z tego? Nie da się walczyć z pewnymi oczywistościami. Sauriel nie miał już siły na podejmowanie rękawic, bo kiedy podjął takową i chciał się uwolnić to... zginął. Na swoje nieszczęście nie wystarczająco mocno. Ale wiedział już, jak swoją wolność zgarnąć w ramiona. Nie miał tylko jeszcze na to wystarczającej odwagi. Albo..? Albo to jednak jeszcze tliła się taka maciupka iskierka nadziei w nim..?
Ona nie łyknęła haczyka, a on się utwierdził w przekonaniu, że tak, to była ona. Victoria, jak zwycięstwo. I zwyciężyła, yeeey..!
- Czy wybrali już państwo i mogę przyjąć zamówienie? - Kelner znowu wbił się w dobrym momencie. Sauriel gestem podziękował, że nie - jeszcze niczego zamawiał nie będzie. Więc kelner spojrzał na Victorię.
- I tak już go tracisz. - Raczył zauważyć, bo przecież siedzieli w tej knajpie i... no niby mogli wyjść wcześniej, udawać, że tu byli i że było okej, że przesiedzieli do północy. Skłamać. Jak jednak już ustalili i jak to Victoria ujęła - nie warto było dla czegoś takiego ryzykować swojego zaplanowanego już życia. Rozumiałeś doskonale, jakim głębokim i grząskim bagnem były kontakty z własną rodziną, kiedy groziło ci, że cię pochłonie, jeśli nie będziesz poruszać się tak, jak ci zagrają. Im mocniej wierzgasz tym bardziej cię wciąga. - Musiałaś mieć bardzo nieciekawe życie. - Skoro zawsze rodzice byli z nim dumni, znaczy że co? Że naprawdę była pieprzonym, chodzącym ideałem. Naprawdę nie lubił takich osób. Zadzierających nosa, bo są tacy dobrzy. Że ich zajebisty świat układał się super zajebiście dobrze, bo... bo mieli trochę szczęścia w tym życiu. Victoria też wcale nie miała takiego wielkiego pecha. Chyba że marzyły się jej jednak te dzieci. Wtedy tak - pech był dotkliwy.
- Mówię tylko prawdę, a ty mówisz, że to obraza, więc... jednak prawda w oczy kole. - Wzruszył ramionami, bo co ona to poradzi? Mogła zaprzeczać ile chciała, a przecież taki był fakt. Po nim to spływało jak po kaczce. No tak, tak było - i co z tego? Nie da się walczyć z pewnymi oczywistościami. Sauriel nie miał już siły na podejmowanie rękawic, bo kiedy podjął takową i chciał się uwolnić to... zginął. Na swoje nieszczęście nie wystarczająco mocno. Ale wiedział już, jak swoją wolność zgarnąć w ramiona. Nie miał tylko jeszcze na to wystarczającej odwagi. Albo..? Albo to jednak jeszcze tliła się taka maciupka iskierka nadziei w nim..?
Ona nie łyknęła haczyka, a on się utwierdził w przekonaniu, że tak, to była ona. Victoria, jak zwycięstwo. I zwyciężyła, yeeey..!
- Czy wybrali już państwo i mogę przyjąć zamówienie? - Kelner znowu wbił się w dobrym momencie. Sauriel gestem podziękował, że nie - jeszcze niczego zamawiał nie będzie. Więc kelner spojrzał na Victorię.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.