Na zewnątrz było bajkowo, ale w środku, po tym, co się tu działo – bajka prysła, rzeźba była już tylko ruiną, tak jak z początku myślała o całym tym zamku. Ten jednak okazał się być… nawet nie do końca opuszczony. Czym więc był? Siedliskiem duchów? Może faktycznie mieszkał tu jakiś „psychopatyczny morderca”, dla którego miała być przynętą, jak to sobie żartowali z Saurielem, nim wbili się do środka. Pięknego środka – kiedyś musiały być tutaj wystawiane naprawdę piękne bale. Światło… Była dla Sauriela światłem? Nie chciała go oślepiać, chciała tylko wskazywać dobrą drogę. Być tym światłem na końcu tunelu, za którym się nie tyle co idzie, a który pozwala dostrzec, że w tym tunelu były jeszcze drzwi, by z niego wyjść. Przy Saurielu wcale nie przygasała – nie znał jej wcześniej, ale przy nim ona dopiero rozwijała swoje skrzydła, wychodziła ze swojej poczwarki, promieniała. Dał jej na to siłę i ten jego strach chyba był na wyrost, był tą apokaliptyczną wizją, która przysłaniała mu rzeczywistość.
– Wiem – wiedziała. Powiedziała tak, bo nie przepadała za mugolami, nie tak, że z zasady i uprzedzeń, tylko przez swoje doświadczenia, bo jakieś tam miała. Wkurzało ją, że niektórzy czarodzieje traktowali mugoli jak takie bezbronne mróweczki, słodkie i kochane, kiedy w rzeczywistości Kodeks Tajności powstał chyba właśnie ze strachu przed nimi, ich zazdrością, siłą w liczebności…
Próbowała złapać oddech po tym, jak najpierw została rzucona na ścianę. Nie miała czasu się dobrze rozejrzeć, przyjrzeć balkonowi, ani temu gdzie jest ten wstrętny poltergeist, który tak okrutnie sobie tutaj z nich kpił za tą cholerną rzeźbę (którą naprawdę chciała naprawić). Siła w końcu puściła, gdy Sauriel się pozbierał i zwrócił do niej, z tym kuriozalnym pytaniem.
– Nie ma mowy – odparła sucho po czym kaszlnęła, kiedy pył i kurz dostały się do jej nosa i gardła, kiedy się odezwała. Miała tu zostać? Ani jej się śniło, nie zamierzała zamienić jednego więzienia w drugie, nie zamierzała mieszkać w jakimś pieprzonym opuszczonym i nawiedzonym zamku, a ogród na zewnątrz nie był nawet minimalną ku temu zachętą. Miała swoje życie, swoich znajomych, małego kota… był też Sauriel. Nie było siły, która miałaby ją tu zatrzymać… prawda? Sauriel naprawdę sądził, że byłaby tutaj szczęśliwa? Z dala od… od wszystkiego? …od niego też?
Stęknęła, dociśnięta do ziemi i wtedy… nastąpił wybuch. Walczyła z trzymającą ją siłą, różdżka tym razem już nie znajdowała się w jej dłoni, tylko odturlała kilkanaście centymetrów dalej, a na piętrze zawył ogień. Zdołała unieść tam spojrzenie z poziomu podłogi, by zobaczyć dym i… ruch. Jakby ktoś się stamtąd ewakuował. I potem znowu usłyszeli ten głos… i siła puściła.
Victoria odetchnęła głośniej, głębiej i zaszurała na podłodze rękoma i nogami, podnosząc się do pozycji na czworaka. Wtedy poczuła opór tu i ówdzie na swoim ciele, że ubranie układa się trochę inaczej, niż powinno i z opuszczoną w dół głową zobaczyła, że już nie miała spodni, ani koszuli, że nie była ubrana w czerń, tylko w cytrynowożółtą suknię, obszytą jakimiś falbankami i koronką. Udało jej się usiąść na nogach i niepewnie dotknęła tego materiału – był miły w dotyku, jakby był bardzo drogi, ale… jej spodnie. Jej koszula. Nieodzywała się, kiedy Sauriel do niej mówił, złapała niepewnie rąbek sukienki w dwa palce i pociągnęła, przyglądając się, jak materiał się układa, a potem powoli uniosła głowę i spojrzała na Sauriela jak taki smutny psiaczek, którego pan właśnie chce go zostawić samego na cały dzień. A cały dzień w pieskim życiu był przecież jak cała wieczność.
– To jakieś… to… – wydusiła z siebie i wyglądała na bardzo nieszczęśliwą – bo była. Sukienka nie była zupełnie w jej stylu. – Nie chcę tu zostawać – nie chciała, by i Sauriel tu zostawał. Nie chciała, żeby w ogóle tutaj zostawali! – Co jeśli to się dzieje co jakiś czas? Może tamta sukienka należała do innej przetrzymanej tu siłą kobiety? – która powiesiła się w oknie, a sukienka tak została, a? – Pomóż – jęknęła, wyciągając do niego rękę, a drugą złapała za swoją różdżkę.