Co powinien zrobić skrzat domowy, kiedy dwóch domowników wydaje sprzeczne ze sobą polecenia? Selar była naprawdę przerażona. Gdyby tylko nie pojawiła się w jadalni, gdyby tylko posłuchała! Oj, panienka Sophie znów będzie się na nią nieszczęsną gniewała. Tak bardzo się starała, żeby tę słodką dziewczynę udobruchać i znów nic jej się nie udała! Zasłużyła, żeby dostać po rękach. Naprawdę zasłużyła.
Nie mając wyboru teleportowała się z powrotem do jadalni. Tym razem jednak zjawiła się bez talerza z ciastkami. Zmaterializowała się tuż przy pani domu, gotowa wysłuchać tego, co ta miała jej do powiedzenia. Żyła wszak, żeby służyć tej rodzinie. Była tej rodzinie szczerze oddana - od wielu lat.
Wyłupiaste oczy skrzatki spoczęły na niewysokiej, ciemnowłosej kobiecie.
- Selar słucha. Selar zrobi wszystko, co pani Lorien sobie zażyczy. - odezwała się. Może nie było to do końca prawdą, ale z grubsza oddawało to, jak miały się sprawy. Bo wciąż skrzatka była skłonna zrobić dla Lorien bardzo dużo. Tak samo jak i dla innych domowników. W zasadzie, to zrobiłaby dla nich wszystko, na co tylko pozwoliłby jej pan domu. Bo to on, Robert, grał tutaj pierwsze skrzypce.
Tak. Powinien być spokojny. Oczywiście. Tyle tylko, że usłyszenie tego od kogoś znacznie młodszego, a na dokładkę będącego jego synem - to nie pomagało. Potrzebował chwili, żeby kiwnąć głową. Zgodzić się. Zarazem jednak nie był w stanie skutecznie ukryć swojego niezadowolenia. Tej aż nadto bijącej od niego irytacji - widocznej dla osób, które miały możliwość go lepiej poznać. Bo przecież Robert miał czym być zirytowany. Miał ku temu solidny powód. Zwłaszcza w momencie, kiedy zamiast opuścić kamienice, Stanley postanowił przyjąć zaproszenie i dołączyć do nich wszystkich podczas wspólnego śniadania. W jaki sposób miał na to teraz zareagować? Jego spojrzenie zdawało się teraz mówić: mam nadzieje, że jesteś z siebie zadowolona, Sophie. Nie wypowiedział jednak tych słów na głos. Pokiwał jedynie głową. Wiedział, że Stanleya wyrzucić nie mógł. Bo to nie było tak proste.
- Skoro więc to nie problem, przejdźmy do jadalni. - jakimś cudem przeszło mu to przez gardło. - Miejsca wystarczy dla nas wszystkich.
Przynajmniej to ostatnie było prawdą. Jadalnia, w której jeszcze do niedawna posiłki spożywał sam, ewentualnie w towarzystwie Lorien, była w stanie pomieścić całkiem sporą liczbę domowników. Podobnie jak cała kamienica. Cóż. Przynajmniej wciąż to im pozostało, jako pamiątka po czasach, kiedy finansowo stali całkiem nieźle. A i wśród rodzin czarodziejów ich nazwisko znaczyło więcej niż obecnie.
- Pan Borgin to jeden z naszych klientów. Od lat prowadzimy interesy z jego rodziną. - wyprowadził córkę z błędu, gestem zarazem wskazując, żeby udali się w kierunku drzwi wyjściowych. Nie było potrzeby przeciągania wszystkiego dłużej. Zresztą, sam Robert potrzebował czym prędzej napić się herbaty.
Tym też sposobem dotarli wreszcie do jadalni. Zanim Robert zajął swoje standardowe miejsce, przywołał jeszcze do siebie Selar. Wcześniej zajęta Lorien, skrzatka znajdywała się wciąż na miejscu. Była tym samym pod ręką.
- Selar. Przygotuj nakrycie dla pana Borgina. - wskazał na jedno z kilku wolnych miejsc. W zasadzie było mu obojętne, które konkretnie Stanley dla siebie wybierze. Byle tylko nie było to te zlokalizowane u szczytu stołu. O ile dało się w tym przypadku popełnić aż tak duże faux pas. Zwłaszcza, że ledwie tylko Selar otrzymała swoje kolejne zadanie, Robert udał się właśnie w tym kierunku. Usiadł. Nie śpieszył się z tym, aby przywitać się z pozostałymi. Słownie. Pierw zlustrował ich wszystkich uważnym spojrzeniem. - Widzę, że nasze angielskie zwyczaje, nadal stanowią dla was nowość. - kiedy ponownie zabrał głos, na dłuższy moment skupił się na Leonardzie. Nie wypomniał mu jednak wprost tego, iż wypadałoby zaczekać aż zjawią się wszyscy domownicy. Aczkolwiek nie było to czymś, czego chłopak nie mógł się domyślić. Przekaz wydawał się jasny. - Wybaczcie nam spóźnienie. Miałem gościa. Pan Borgin dołączy zresztą do nas przy śniadaniu. Mam nadzieję, że to dla was nie problem.
Nawet jeśli dla kogoś byłoby to problemem, to Robert nie był typem człowieka, który się takimi sprawami szczególnie przejmował. On decydował, a to co do powiedzenia mieli ewentualnie pozostali domownicy... mógł od czasu do czasu wziąć pod uwagę. O ile uważał, że należało tak zrobić. Możliwe, że miał całkiem sporo z despoty, ale czy to coś, o czym powinniśmy mówić teraz?
Skupmy się może jednak na śniadaniu.
kolejna tura do 14.05