I on również, ostatnimi czasy kręcił się sporo po Lestrangowej rezydencji, o wiele częściej niż miał w zwyczaju. Od tygodnia na wiecznym rauszu, bo nie potrafił inaczej radzić sobie ze swoim bałaganem w głowie. Myśl o rodzicielstwie i to z najlepszą przyjaciółką, która w rzeczywistości, tak naprawdę jeszcze od czasów szkolnych kochała się nie w nim, a w Lorettcie, przyprawiała go od parzące od wnętrza poczucie wstydu. Z butelczyną wina, włóczył się wieczorami po pokojach i korytarzach. Najwięcej czasu spędzał w dziecięcej bawialni, w tej której dzielił zabawki z bliźniaczką, zanim jeszcze potrafił latać na miotle. Wracanie wspomnieniami do tamtych beztroskich czasów, pozwalało mu chociaż odrobinę załagodzić mętlik w jego głowie. Tutaj nie musiał się martwić tym, że zasypiał na byle fotelu, czy kanapie w przejściu. I tak budził się we własnym łóżku, dzięki wysiłkowi skrzatów. Nawet kiedy zdarzyło mu się przesadzić któregoś wieczoru z winem, te same istoty zacierały dowody, kiedy Louvainowi zdarzyło się ulać z raz, czy dwa.
Cóż za paskudny dylemat moralny nosił pod sercem. Z jednej strony rozsądek podpowiadał mu, że nie powinien przyznawać się do swojego syna, narobiłby mu tym tylko więcej szkód, niż pożytku. Zresztą z Severine nie byli w stanie stworzyć odpowiedniej dla dziecka rodziny, przecież nie było między nimi prawdziwego uczucia. Jak mógłby nauczyć swojego syna miłości, skoro nawet rodzice nie potrafią pokochać siebie nawzajem? Z drugiej zaś strony jakieś dziwaczne poczucie dumy krzyczało by wziął na barki odpowiedzialność za swoje decyzje. Nawet jeśli wydawało się to bezcelowe i beznadziejne, to jakaś cząstka jego wyniosłej części siebie liczyła na to, że zachowa się jak prawdziwy rycerz. Że zgarnie pod pachę Severine oraz Atticusa i zbudują szczęśliwą rodzinę od podstaw. Jednak co z tego, skoro zarówno Louvain jak i Crouch nie chcieli takiego życia ani za grosz. Cholera, on nawet nie zdążył się tym z nikim podzielić. Nie miał odwagi przyznać się przed Cynthią, bo szczerze bał się jak na to zareaguje, a sytuacja między nimi i tak była mocno skomplikowana. Do Loretty nawet nie zamierzał iść, nie po tym co odwaliła na pojedynku oraz na afterparty.
Na szczęście w tym domu żyły jeszcze osoby na tyle dojrzałe, by powiedzieć mu, albo chociaż doradzić co powinien zrobić w tej sytuacji. Dlatego kiedy tylko dowiedział się od skrzatów, że Aneczka również gdzieś tu się kręci, nawet nie wahał się przez chwilę. Ojciec zawsze powtarzał; nic ponad, jak więzy krwi.
Do biblioteki wkroczył już "odpowiednio nawodniony". Lewym ramieniem przylgnął do ściany, nie idąc, a właściwie sunąć po niej do celu, by łatwiej było utrzymać stabilność. Oczy podkrążone, spierzchnięte usta i zmęczone, ciężkie powieki wyraźnie dawały do zrozumienia, że jego walka o nietrzeźwość trwała już tyle co pełen maraton. - Wi... - zaczął, ale przerwał po pierwszej sylabie, czując jak zachrypnięty głos zadrżał na jego strunach. Odchrząknął głośno. - Ciebie również Aneczko... - poprawił się, choć głos miał błędny, podobnie jak wzrok zawieszony na swojej siostrze. Oparł się o jeden z regałów biblioteki i w tym samym momencie jedna książka z wyższych półek spadła na podłogę, tuż obok niego. Zerknął niby od niechcenia, ale machnął na nią ręką niezgrabnym gestem.
- Ty też się przed czymś ukrywasz? - wydusił w końcu z siebie po chwili milczącego wpatrywania się w Annaleigh. Skrzyżował ręce na piersi, a na twarzy wymalował mu się płaski uśmiech z kategorii tych bardziej mało zręcznych. Może i był podpitym gamoniem, ale dobrze wiedział, że każde z rodzeństwa już dawno zresztą miało własne domy. Nikt z własnej woli nie przychodził do rezydencji częściej, niż święta i przyjęcia okolicznościowe, od tak, żeby posiedzieć nad książką.