Tak się właśnie mówiło – że dom twój, gdzie serce twoje, ale serce Victorii nie mogłoby tutaj zamieszkać, bo znajdowało się gdzieś zupełnie indziej. A miałaby pokochać swojego porywacza? Jakiegoś starego dziada, który lubuje się w mieszkaniu na zadupiu, nie dba o swoje kwiaty i udaje, że właściciela nie ma w domu? Niedoczekanie. Lubiła mieć poukładane w swoim życiu, swoje miejsce, do którego wracała, zajęcia, jakimi się zajmowała (a w wolnych chwilach ciągle kombinowała nad różnymi rzeczami w swojej domowej pracowni wypełnionej kociołkami), ludzi, z którymi się spotykała. To nie tak, że w jej życiu nie było miejsca na spontaniczność – bo czasami lubiła dać się zaskoczyć, nawet jeśli wolała, by wszystko miało swoje miejsce.
Sama powinna teraz spoglądać dookoła, obserwować otoczenie, być gotowa na kolejne uderzenie obcej siły, która któreś z nich zmiotnie na ścianę albo na podłogę. Powinna uważać na odpowiedź na atak Sauriela, na rzucenie jakąś kula ognia albo czymś równie paskudnym… ale zamiast tego patrzyła na swoje dłonie, na swój tułów, a w głowie przepływaly jej najgorsze scenariusze. Może mężczyzna nie robił nic więcej, by nie uszkodzić innych rzeczy w zamku? Aż tak się jego stanem przejmował? A może nie chciał uszkodzić swojej zdobyczy w żółtej sukience i w swej wspaniałomyślności dawał im czas na pożegnanie, skoro wycofał się i jego głos przestał dudnić w eterze. A może był pewien że Victoria i tak nie zdoła uciec więc uznał że po co zawracać sobie głowę… Lestrange w końcu przestała się z niedowierzaniem wpatrywać w swój dziwaczny strój i wlepiła spojrzenie w Sauriela. Był zdenerwowany, widziała to po nim, ale nie w ten agresywny sposób, w którym gotów był kąsać i rzucać ludźmi na meble. Zaniepokojenie po prostu się z niego wylewało. Do Victorii póki co też nie dotarło, że ogień Sauriela powinien spowodować coś więcej niż zasłonę dymną, dzięki której tamten czarownik się ulotnił z pola widzenia.
Złapała wyciągniętą do niej dłoń Sauriela bardzo chętnie, tęskniła za jego dotykiem i bliskością, ale nie o to teraz chodziło; podniosła się z podłogi dzięki jego pomocy i z nieco zmarszczonymi z zatroskania brwiami spojrzała po sobie, widząc teraz długość sukienki w pełnej krasie – bo sięgała do samej ziemi. Cholera, nawet butów nie miała już swoich, tylko jakieś srebrne szpilki, które zobaczyła teraz, uniósłszy kawałek materiału sukni wolna dłonią, w której ściskała swoją różdżkę.
Kiwnęła głową na pełną zgodę – powinni się stąd wynieść, walić już nawet tę rzeźbę, nie będzie próbowała drugi raz jej naprawić, po prostu trzeba było się stąd ewakuować. To w sumie dobrze, że Sauriel nie zabrał swojej dłoni, bo Victoria mocniej zacisnęła swoje palce na jego i skupiła się, wybierając cel – Pokątną w Londynie i…
Ale nic się nie stało. Jej czoło wygładziło się, a usta lekko otworzyły. Nie teleportowali się, magia ani drgnęła.
– Stąd się nie da teleportować – wydusiła z siebie i spojrzała na Sauriela. Nie brała tego wcześniej pod uwagę; przyszli tu na nogach, bo żadne z nich dokładnie nie wiedziało gdzie to jest, a poza tym Sauriel dopiero się uczył teleportacji. Mogłaby ona ich teleportować, tak jak teraz próbowała, skoro sytuacja tego wymagała a Sauriel już się tak nie bał samej czynności (wcześniej nigdy tego nie robiła właśnie ze względu na niego i jego strach przed rozszczepieniem). Głośno odetchnęła, a Sauriel w taki wypadku poprowadził ich do wyjścia, którym tutaj w ogóle wpadli… umiała chodzić na szpilkach oczywiście, ale tutaj, kiedy trzeba było uważać na te wszystkie odłamki rzeźby, nie chodziło się wcale łatwo. Czarnowłosy otworzył bramę bez problemu i zrobił krok do przodu i wtedy Victoria poczuła opór i zbladła całkowicie.
– N-nie… nie mogę! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie ze złości, a z wysiłku, gdy całym ciałem napierała, by zrobić krok do przodu. Ale jej noga ani drgnęła. – Nie mogę się ruszyć – warknęła i odetchnęła raz jeszcze, próbując zrobić krok do tyłu, co akurat się udało, po czym spróbowała jeszcze raz. Krok do przodu i… ściana. Nic nie mogła zrobić. – Nosz kurwa mać – wiedziała, że Sauriel nie lubi, gdy przeklinała – i robiła to bardzo rzadko, tym bardziej w jego obecności. Ale w takich sytuacjach jak ta…