Nie byli w stanie przewidzieć tego, co przyniesie przyszłość. Nie byli w stanie przewidzieć tego, na ile wierni pozostaną w przyszłości czarownicy popierający obecnie Czarnego Pana. Pewne ryzyko było wkalkulowane w ich działania. Wizja świata, w którym czystokrwiści zajmą należne im miejsce, dla wielu była kusząca. Rzecz oczywista, z różnych względów. Jak wielu z nich będzie jednak w stanie stanąć w jej imieniu do walki? Zaryzykować swoim życiem, zdrowiem, bezpieczeństwem bliskich osób? Prawda była taka, że Robert nie był w stanie ręczyć w tym przypadku nawet i za siebie samego. Jedynie ludzie skrajnie głupi, zawsze ślepo podążali za ideą. Nie potrafili w porę się wycofać. Czasami okoliczności zmuszały człowieka do opuszczenia wcześniej wytyczonej ścieżki. Oczywiście nie było to coś, do czego Mulciber byłby w stanie przyznać się na głos. Prawda była taka, że wystrzegał się tego typu rozważań, uważając iż byłyby początkiem jego końca.
Za wcześnie było, żeby zaliczać upadek na samo dno. Kolejny, jeśli dodać do tego sytuację, w jakiej w ostatnich latach znajdywała się rodzina Roberta.
Ciężko było nie zauważyć, iż sytuacja Mulciberów zmieniła się. Chociaż członkowie tej rodziny starali się żyć tak, jakby nic się nie zmieniło, nie byli w stanie tego ukryć. Kłamstwo powtarzane tysiące razy, pomimo podejmowanych starań nie stanie się nagle prawdą. Tym co im pozostało, były pewne znajomości. Część dawnych wpływów. A także niewielki biznes, który starali się rozwijać. Odpowiednio poprowadzony, mógłby pozwolić im wrócić na salony. Rzecz jasna w swoim czasie. Robert, choć tym powrotem był mocno zainteresowany, nie do końca potrafił zaakceptować, że pozwolić mu na to miałyby właśnie kadzidła. Nie żeby umniejszał temu, na co mogą one pozwolić, ale... o wiele lepiej brzmiało, kiedy przedstawiano ich jako rodzinę związaną z Ministerstwem Magii. Dużo bardziej prestiżowo. Sklepy prowadzić mógł każdy. Zostać szefem Departamentu Tajemnic - to byłoby prawdziwym osiągnięciem. Każdy kto choć trochę znał Mulcibera, zdawał sobie sprawę z tego, że przed laty bardzo zależało mu na rozwijającej się karierze. Kto jednak wie, co przyniesie przyszłość? Zostawmy te tematy, przejdźmy wreszcie do konkretów.
Z papierosem w ręku, uważnie słuchał Chestera. Nie śpieszył się z tym, żeby sięgnąć po alkohol, który na ten moment czekał wciąż na swoją kolej.
- Ile ich mamy? Początkowo mówiliśmy o jakiś 20 celach? Więcej, mniej? - dopytał. Nie umknął mu moment, w którym auror strzepnął na podłogę popiół. Możliwe, że w reakcji na to poruszył nerwowo palcami wolnej dłoni, która spoczywała na udzie. Kilkukrotnie. Zamiast zwrócić na to uwagę, zdecydował się przywołać zaklęciem popielniczkę, która znalazła się na stole. Tuż obok szklanek z alkoholem. Oczywiście skorzystał z niej ledwie tylko wylądowała na miejscu. - Twoim zadaniem jest dopilnować, żeby tego nie spierdolić. Będziesz tam z nimi. Sam dobierzesz ludzi. - przypomniał mu. Podkreślił, że kiedy już wszystko się zacznie, obok go nie będzie. Nie będzie też Lorda Voldemorta, który wszystkiemu przygląda się z odpowiedniej odległości. O tym jednak Chester wiedział na ten moment aż za dobrze. Najlepiej spośród nich wszystkich? - Oby tym razem nie były tutaj żadnych durniów, jak Ci, którzy kilka dni temu zaatakowali księgarnie. - dodał, lekko się przy tym krzywiąc. Atak, o którym właśnie wspominał, mógł znacznie skomplikować sprawy. Tutaj nie było miejsca na samowolkę. Nie było miejsca na wychodzenie przed szereg. Nie każdy to rozumiał. Nie potrzebowali w swoich szeregach tych, którzy nie znali swojego miejsca. Nie rozumieli swojej roli, nie potrafili należycie wywiązać się ze swoich zadań.