22.12.2022, 23:41 ✶
Przeprosił ją.
Fatalny wieczór sylwestrowy został podsumowany przeprosinami. Przyszedł pod jej dom, wręczył jej kwiaty, wymienili może ze dwa zdania. Pierwszym było powitanie. Drugim - pożegnanie. Nie, nie mam dzisiaj czasu. Nie? Ja też nie bardzo. I gdzieś w środku tego wciśnięto te szlachetne “przepraszam”. Nie płynęło ono z głębi serca. Było słowem nałożonym na język, wypowiedzianym bez żalu czy z bólem. Nie były niechętne, ale nie były też chętne. Oboje wiedzieli, dlaczego tu jest. Ktoś pociągnął za sznurki marionetki i zaprosił ją do tańca, by posłusznie podreptała tam, gdzie powinna się znaleźć. Był tylko trochę rozdarty między tym, czego pragnął, a tym, co robić powinien.. Między tym, jak chciał, by jego życie wyglądało a strachem. Wiele osób miało go za pewnego siebie, przytłaczającego wręcz. Wiele osób uważało, że jest “odważny”. Wszystko to było jakimś dziwnym picem na wodę. Jego życie usłane było strachem. Było go tak wiele, że deptał po nim jak po brukowanej, londyńskiej kostce. Po latach jednak zaczynasz się przyzwyczajać do tego, po czym chodzisz i w końcu się uodparniasz. Uczysz, że tutaj lepiej nie stawać, albo że zimą przecież bruk jest śliski, zwłaszcza pod tamtym sklepem, bo wylewają z niego wodę przy uliczce. Człowiek był istotą stworzoną do tego, by adaptować się do zmian. Grzeczne i posłuszne swoim rodzinom dziedciaczki z domów czystej krwi wiedziały o tym doskonale.
Wiedział to też Sauriel. Zostało mu to dogłębnie przypomniane, dlaczego lepiej nie sprawiać zawodu rodzicom.
Jedyny ślad, jaki po tym pozostał, to ten w głowie Czarnego Kota. To przypomnienie, że nie wolno wracać wspomnieniami do tego, nim świat powiedział ci, kim masz być. Przeszłość była nieważna. Przyszłość - oto inwestycja, której tu wymagano.
Sauriel nawet się prostował, kiedy kroczył z ojcem po ciemnych korytarzach Ministerstwa Magii. Pasowali tutaj oboje - czystokrwiści od wielu pokoleń, zimni jak kamień, którym pokryto te podłogi, przyodziani w wiecznie elegancką, stylową czerń swoich eleganckich garniturów. Sauriel rzadko zaglądał do tej części. Pojawiał się tu w sprawach z wampirami - w zasadzie można by go było nazwać “posłem”. Aha, całkiem śmieszne, prawda? Był ostatnią osobą, która się do tego nadawała, a jednocześnie, zupełnie jak w tej sytuacji, strach trzymał wszystko w ryzach. Spinał i spajał. Nie pozwalał Czarnemu Kotu na swawole. Na to, by jego ciekawość i wolny charakter pozwoliły mu na wybryki i gryzienie ręki pańskiej, co jeść daje. Gdy ta sama ręka przynosiła również agresje, nie było takiego kota, który gryźć by nie zaczął.
Eryk trzymał dłoń na karku syna niemal pieszczotliwie, kiedy wkroczyli do gabinetu Victorii.
- Dzień dobry, panienko. - Eryk nawet pokusił się na uśmiech, chociaż był bardzo nikły i chłodny. Tak samo jednak prezentował się wtedy na rozmowie. To nie był po prostu człowiek, który hojnie wystawiał emocje na targu do rozdania. Lekko nacisnął na kark syna, by ten się lekko pokłonił. - Zapowiadałem się kilka dni wcześniej, jednak poczta Ministerstwa potrafi gubić swoją drogę. - Bo stało się bardzo jasne, że ta zapowiedź nie została dostarczona, skoro go zatrzymano i jeszcze potwierdzono, że nie - nie ma żadnej umówionej wizyty.
- Witaj, Victorio. - Wyprostowany, napięty i równie zimny co ojciec w tym momencie spoglądał prosto na swoją narzeczoną, która przez ostatni miesiąc, a nawet z kawałkiem, unikała go. Przecież nie można było powiedzieć, żeby on robił inaczej. Ona odmawiała, ale on się wcale nie kwapił, żeby zmienić co do tego jej zdanie.
- Zobowiązałem się twojej matce, że pomożemy w twojej sprawie. W ramach przeprosin i w celach polepszeniu relacji. - Eryk spojrzał na Sauriela, który obrócił lekko głowę w jego kierunku, czując na sobie wzrok jego czarnych oczu. Zaraz jednak skupienie głowy ich domu wróciła do Victorii. - Tym razem będzie się zachowywał. - Przesunął dłonią z karku syna na jego ramię, by parę razy go w nie klepnąć.
Sauriel spoglądał na Victorię i nienawidził jej. Naprawdę jej nienawidził.
Fatalny wieczór sylwestrowy został podsumowany przeprosinami. Przyszedł pod jej dom, wręczył jej kwiaty, wymienili może ze dwa zdania. Pierwszym było powitanie. Drugim - pożegnanie. Nie, nie mam dzisiaj czasu. Nie? Ja też nie bardzo. I gdzieś w środku tego wciśnięto te szlachetne “przepraszam”. Nie płynęło ono z głębi serca. Było słowem nałożonym na język, wypowiedzianym bez żalu czy z bólem. Nie były niechętne, ale nie były też chętne. Oboje wiedzieli, dlaczego tu jest. Ktoś pociągnął za sznurki marionetki i zaprosił ją do tańca, by posłusznie podreptała tam, gdzie powinna się znaleźć. Był tylko trochę rozdarty między tym, czego pragnął, a tym, co robić powinien.. Między tym, jak chciał, by jego życie wyglądało a strachem. Wiele osób miało go za pewnego siebie, przytłaczającego wręcz. Wiele osób uważało, że jest “odważny”. Wszystko to było jakimś dziwnym picem na wodę. Jego życie usłane było strachem. Było go tak wiele, że deptał po nim jak po brukowanej, londyńskiej kostce. Po latach jednak zaczynasz się przyzwyczajać do tego, po czym chodzisz i w końcu się uodparniasz. Uczysz, że tutaj lepiej nie stawać, albo że zimą przecież bruk jest śliski, zwłaszcza pod tamtym sklepem, bo wylewają z niego wodę przy uliczce. Człowiek był istotą stworzoną do tego, by adaptować się do zmian. Grzeczne i posłuszne swoim rodzinom dziedciaczki z domów czystej krwi wiedziały o tym doskonale.
Wiedział to też Sauriel. Zostało mu to dogłębnie przypomniane, dlaczego lepiej nie sprawiać zawodu rodzicom.
Jedyny ślad, jaki po tym pozostał, to ten w głowie Czarnego Kota. To przypomnienie, że nie wolno wracać wspomnieniami do tego, nim świat powiedział ci, kim masz być. Przeszłość była nieważna. Przyszłość - oto inwestycja, której tu wymagano.
Sauriel nawet się prostował, kiedy kroczył z ojcem po ciemnych korytarzach Ministerstwa Magii. Pasowali tutaj oboje - czystokrwiści od wielu pokoleń, zimni jak kamień, którym pokryto te podłogi, przyodziani w wiecznie elegancką, stylową czerń swoich eleganckich garniturów. Sauriel rzadko zaglądał do tej części. Pojawiał się tu w sprawach z wampirami - w zasadzie można by go było nazwać “posłem”. Aha, całkiem śmieszne, prawda? Był ostatnią osobą, która się do tego nadawała, a jednocześnie, zupełnie jak w tej sytuacji, strach trzymał wszystko w ryzach. Spinał i spajał. Nie pozwalał Czarnemu Kotu na swawole. Na to, by jego ciekawość i wolny charakter pozwoliły mu na wybryki i gryzienie ręki pańskiej, co jeść daje. Gdy ta sama ręka przynosiła również agresje, nie było takiego kota, który gryźć by nie zaczął.
Eryk trzymał dłoń na karku syna niemal pieszczotliwie, kiedy wkroczyli do gabinetu Victorii.
- Dzień dobry, panienko. - Eryk nawet pokusił się na uśmiech, chociaż był bardzo nikły i chłodny. Tak samo jednak prezentował się wtedy na rozmowie. To nie był po prostu człowiek, który hojnie wystawiał emocje na targu do rozdania. Lekko nacisnął na kark syna, by ten się lekko pokłonił. - Zapowiadałem się kilka dni wcześniej, jednak poczta Ministerstwa potrafi gubić swoją drogę. - Bo stało się bardzo jasne, że ta zapowiedź nie została dostarczona, skoro go zatrzymano i jeszcze potwierdzono, że nie - nie ma żadnej umówionej wizyty.
- Witaj, Victorio. - Wyprostowany, napięty i równie zimny co ojciec w tym momencie spoglądał prosto na swoją narzeczoną, która przez ostatni miesiąc, a nawet z kawałkiem, unikała go. Przecież nie można było powiedzieć, żeby on robił inaczej. Ona odmawiała, ale on się wcale nie kwapił, żeby zmienić co do tego jej zdanie.
- Zobowiązałem się twojej matce, że pomożemy w twojej sprawie. W ramach przeprosin i w celach polepszeniu relacji. - Eryk spojrzał na Sauriela, który obrócił lekko głowę w jego kierunku, czując na sobie wzrok jego czarnych oczu. Zaraz jednak skupienie głowy ich domu wróciła do Victorii. - Tym razem będzie się zachowywał. - Przesunął dłonią z karku syna na jego ramię, by parę razy go w nie klepnąć.
Sauriel spoglądał na Victorię i nienawidził jej. Naprawdę jej nienawidził.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.