14.05.2024, 21:20 ✶
Najłatwiejszym sposobem na poradzenie sobie z porażką, było zakopanie tego pod stosem innych doświadczeń. Dolohov nie załamywał się więc i nie myślał o tym - bo jak będzie o tym myślał, to przypomni sobie, że też jest człowiekiem i jest mu zwyczajnie przykro, a on nie lubił mieć ludzkich odruchów. Nie lubił niczego, co przypominało mu o jego maleńkości, oprócz gwiazd, ale w ich obliczu każdy musiał mimowolnie czuć się kimś małym, nawet one same, ścierając swój ogrom z nieskończonością szerokiego wszechświata.
Nie mógł zmusić kogoś do wielbienia siebie, ale mógł zmusić go do uprzejmości. Nie wiedział jak. W gorszych chwilach, kiedy nie mógł zasnąć, te wspomnienia wracały - zamartwiał się wtedy tym jak łatwo dawał się upokorzyć i uciekał jak skończony tchórz - a później zamartwiał się tym, że się zamartwiał. No bo przecież ktoś, kto go w taki sposób uderzył i nic więcej już do niego nie powiedział, nie powinien ani trochę go obchodzić - wstyd mu było spojrzeć w lustro kiedy tylko w jego głowie pojawiał się obraz jego uśmiechu.
Przeżywał to uderzenie przez wiele kolejnych nocy. Eliksiry znowu nie działały, a on nie potrafił napisać rodzinie, dlaczego potrzebuje ich więcej. Tak cholernie bał się prawdy.
Szczególnie odkąd dostał to rąk tę cholerną książkę.
Napisał mu ponad sto osiemdziesiąt słów. W nagłówku wcisnął bezczelnie jego nazwisko, tak żeby nie było żadnej szansy na pomyłkę. Sto osiemdziesiąt słów spisanych na pergaminie, wciśniętych pomiędzy strony, idealnie dobranych pod to, o czym mu wcześniej mówił. Co za piękny gest - udawać, że się kogoś zna (sam przecież mu powiedział, że się nie znali) i życzy mu szczęścia, zapisać komuś sto osiemdziesiąt słów, z których żadne nie brzmi „przepraszam”. Pieprzona rodzina rycerzy na białych koniach ćwiczących pieprzoną szermierkę i zasady pieprzonych pojedynków, kłaniali się sobie przed każdym obiciem komuś gęby i przestrzegali wszystkich tych zasad, jakby zależało od tego ich życie. Dolohov znał wielu czarodziejów w szanujących się, brytyjskich rodzin - sądził więc, że i rodzinę Morpheusa zna na wylot, chociaż od Little Hangleton do Doliny Godryka wcale nie było tak blisko... No ale był pewien jednego - że uczono dziedziców znamienitych rodów przyznawać się do błędów, ale też trwania w takich sytuacjach z uniesioną głową. Mógł bić go jego własny ojciec, ale to nie znaczyło, że musiał dawać bić się jakiemuś napuszonemu Morphehusowi Longbottomowi.
Mabon było coraz bliżej, a on wciąż przeżywał idiotycznie męczące noce z boku na bok, spędzone na zmienianiu pozycji i denerwowaniu swoich kolegów z Dormitorium. Nie szkodziło - tak czy siak bali się go skrytykować, czasami tylko dostrzegał ich intencję, ale zamykali usta. Zbyt wcześnie, aby mógł im się odszczekać, za późno, aby nie usłyszał w głowie tego, co chcieli mu przekazać. Żeby poszedł się przejść, bo jego łóżko trzeszczy, bo ich denerwuje, jak bawi się w nocy jakimiś kamykami, albo tasuje talię kart. Oh gdyby tylko jego ojciec mógł załatwić mu własny pokój.
Destrukcja zwiastowała destrukcję? Niech sobie w dupę wsadzi te swoje przewidywania... Powinien go przeprosić, powinien go kurwa przeprosić, a nie oczekiwać, że naprawdę odgryzie mu palec, że zechce umieścić jakąkolwiek brudną część jego paskudnego ciała w swoich ustach.
- Wszystko okej, V?
Uśmiechnął się niezręcznie, wracając do słuchania rozmowy, od której oderwało go natrafienie w na okładce Proroka tekstu cyrylicą. Nie potrafił go odczytać. Kolejny dzień bliżej Mabon, kolejna noc spędzona na wpatrywaniu się w gwiazdy. Może to dobrze, że tak się stało, bo gdyby go zapytał o te bajki, to by się głęboko tym zawiódł. Nikt mu nigdy nie czytał bajek kiedy był mały. Ojciec kazał mu chodzić na bardzo nudne, spirytystyczne obrzędy i to tyle z tęsknoty za krajem skrytym za Żelazną Kurtyną - wiązała go z nim jeszcze słabsza więź niż z wręcz nieistniejącą w tym uniwersum matką.
Nic nie było okej.
- Oczywiście.
Nic nie było okej. Jednocześnie wszystko było okej. Nic nie było okej, bo kiedy tylko kończył swój dzień i kładł się na niewygodnym materacu, to wszystko wracało. Z taką intensywnością, aby aż zapiekł go policzek. Wszystko było okej, bo wspaniale grał swoją rolę. Idealnie zbywał tego szkodnika milczeniem, nie dawał po sobie poznać, jak bardzo się tym wszystkim przejmował, skupiał się na czymkolwiek innym, kiedy tylko Longbottom znalazł się w tym samym pomieszczeniu. To był właśnie jego komentarz - kompletna cisza. Brak zgody. Brak przyzwolenia do zbliżenia się, chociaż dostał ten list wyrażający żal i z jakiegoś powodu trzymał go wciąż w szafce. Plan idealny - wytrzymać rok i go tutaj nie będzie. Plan idealny poza tym, że dekorować salę przed Mabon mieli w nocy.
Miał tam nie iść, miał zasnąć, wypił całą flaszkę eliksiru nasennego i nic mu to nie przyniosło - cały czas o tym myślał. Cały czas myślał o scenie, która miała skończyć się zupełnie inaczej, miała nadać ich relacji nowego charakteru, a zamiast tego stała się kolejną blizną na jego wbrew pozorom bardzo kruchym ego. Nie wytrzymał. Miał tam być dobrą godzinę temu, a on nigdy się nie spóźniał, absolutnie nikt mający jakiekolwiek pojęcie o tym, kim był nie spodziewał się więc tego, że Vakel się tam pojawi.
Ale on się tam pojawił. Stanął na końcu Wielkiej Sali, w piżamie pod płaszczem Krukonów, spojrzał na Morpheusa i był już tak naładowany frustracją, zmęczeniem i duchotą, że przeszedł cały ten dystans długiego, brązowego dywanu rozłożonego wzdłuż przejścia pomiędzy stołami, zatrzymał się znów i bez słowa zdzielił go w twarz z otwartej ręki. To nie było uderzenie mocne, bo był drobnym chuchrem. Gwiazdy wcale nie przyniosły mu szczęścia. Przyniosły mu pierwszy krok w stronę kompletnego szaleństwa.
- Sto osiemdziesiąt pieprzonych słów - policzył też wszystkie litery, zdania, spółgłoski i samogłoski, dni, które minęły od uderzenia do teraz, wszystkie minuty, sekundy, policzył to wszystko i jeszcze więcej - ty durniu, twoje miejsce jest na podłodze, gdzie mnie za to przepraszasz. - Chwycił go za tę jego cholerną szatkę i najwyraźniej nie zważał zupełnie na to, czy ktoś jeszcze tu był, czy ktoś jeszcze zorientuje się, że to była tylko gra... a on był porywczym gnojkiem, którego dało się wytrącić z równowagi jednym, dobrze sformułowanym listem.
Nie mógł zmusić kogoś do wielbienia siebie, ale mógł zmusić go do uprzejmości. Nie wiedział jak. W gorszych chwilach, kiedy nie mógł zasnąć, te wspomnienia wracały - zamartwiał się wtedy tym jak łatwo dawał się upokorzyć i uciekał jak skończony tchórz - a później zamartwiał się tym, że się zamartwiał. No bo przecież ktoś, kto go w taki sposób uderzył i nic więcej już do niego nie powiedział, nie powinien ani trochę go obchodzić - wstyd mu było spojrzeć w lustro kiedy tylko w jego głowie pojawiał się obraz jego uśmiechu.
Przeżywał to uderzenie przez wiele kolejnych nocy. Eliksiry znowu nie działały, a on nie potrafił napisać rodzinie, dlaczego potrzebuje ich więcej. Tak cholernie bał się prawdy.
Szczególnie odkąd dostał to rąk tę cholerną książkę.
Napisał mu ponad sto osiemdziesiąt słów. W nagłówku wcisnął bezczelnie jego nazwisko, tak żeby nie było żadnej szansy na pomyłkę. Sto osiemdziesiąt słów spisanych na pergaminie, wciśniętych pomiędzy strony, idealnie dobranych pod to, o czym mu wcześniej mówił. Co za piękny gest - udawać, że się kogoś zna (sam przecież mu powiedział, że się nie znali) i życzy mu szczęścia, zapisać komuś sto osiemdziesiąt słów, z których żadne nie brzmi „przepraszam”. Pieprzona rodzina rycerzy na białych koniach ćwiczących pieprzoną szermierkę i zasady pieprzonych pojedynków, kłaniali się sobie przed każdym obiciem komuś gęby i przestrzegali wszystkich tych zasad, jakby zależało od tego ich życie. Dolohov znał wielu czarodziejów w szanujących się, brytyjskich rodzin - sądził więc, że i rodzinę Morpheusa zna na wylot, chociaż od Little Hangleton do Doliny Godryka wcale nie było tak blisko... No ale był pewien jednego - że uczono dziedziców znamienitych rodów przyznawać się do błędów, ale też trwania w takich sytuacjach z uniesioną głową. Mógł bić go jego własny ojciec, ale to nie znaczyło, że musiał dawać bić się jakiemuś napuszonemu Morphehusowi Longbottomowi.
Mabon było coraz bliżej, a on wciąż przeżywał idiotycznie męczące noce z boku na bok, spędzone na zmienianiu pozycji i denerwowaniu swoich kolegów z Dormitorium. Nie szkodziło - tak czy siak bali się go skrytykować, czasami tylko dostrzegał ich intencję, ale zamykali usta. Zbyt wcześnie, aby mógł im się odszczekać, za późno, aby nie usłyszał w głowie tego, co chcieli mu przekazać. Żeby poszedł się przejść, bo jego łóżko trzeszczy, bo ich denerwuje, jak bawi się w nocy jakimiś kamykami, albo tasuje talię kart. Oh gdyby tylko jego ojciec mógł załatwić mu własny pokój.
Destrukcja zwiastowała destrukcję? Niech sobie w dupę wsadzi te swoje przewidywania... Powinien go przeprosić, powinien go kurwa przeprosić, a nie oczekiwać, że naprawdę odgryzie mu palec, że zechce umieścić jakąkolwiek brudną część jego paskudnego ciała w swoich ustach.
- Wszystko okej, V?
Uśmiechnął się niezręcznie, wracając do słuchania rozmowy, od której oderwało go natrafienie w na okładce Proroka tekstu cyrylicą. Nie potrafił go odczytać. Kolejny dzień bliżej Mabon, kolejna noc spędzona na wpatrywaniu się w gwiazdy. Może to dobrze, że tak się stało, bo gdyby go zapytał o te bajki, to by się głęboko tym zawiódł. Nikt mu nigdy nie czytał bajek kiedy był mały. Ojciec kazał mu chodzić na bardzo nudne, spirytystyczne obrzędy i to tyle z tęsknoty za krajem skrytym za Żelazną Kurtyną - wiązała go z nim jeszcze słabsza więź niż z wręcz nieistniejącą w tym uniwersum matką.
Nic nie było okej.
- Oczywiście.
Nic nie było okej. Jednocześnie wszystko było okej. Nic nie było okej, bo kiedy tylko kończył swój dzień i kładł się na niewygodnym materacu, to wszystko wracało. Z taką intensywnością, aby aż zapiekł go policzek. Wszystko było okej, bo wspaniale grał swoją rolę. Idealnie zbywał tego szkodnika milczeniem, nie dawał po sobie poznać, jak bardzo się tym wszystkim przejmował, skupiał się na czymkolwiek innym, kiedy tylko Longbottom znalazł się w tym samym pomieszczeniu. To był właśnie jego komentarz - kompletna cisza. Brak zgody. Brak przyzwolenia do zbliżenia się, chociaż dostał ten list wyrażający żal i z jakiegoś powodu trzymał go wciąż w szafce. Plan idealny - wytrzymać rok i go tutaj nie będzie. Plan idealny poza tym, że dekorować salę przed Mabon mieli w nocy.
Miał tam nie iść, miał zasnąć, wypił całą flaszkę eliksiru nasennego i nic mu to nie przyniosło - cały czas o tym myślał. Cały czas myślał o scenie, która miała skończyć się zupełnie inaczej, miała nadać ich relacji nowego charakteru, a zamiast tego stała się kolejną blizną na jego wbrew pozorom bardzo kruchym ego. Nie wytrzymał. Miał tam być dobrą godzinę temu, a on nigdy się nie spóźniał, absolutnie nikt mający jakiekolwiek pojęcie o tym, kim był nie spodziewał się więc tego, że Vakel się tam pojawi.
Ale on się tam pojawił. Stanął na końcu Wielkiej Sali, w piżamie pod płaszczem Krukonów, spojrzał na Morpheusa i był już tak naładowany frustracją, zmęczeniem i duchotą, że przeszedł cały ten dystans długiego, brązowego dywanu rozłożonego wzdłuż przejścia pomiędzy stołami, zatrzymał się znów i bez słowa zdzielił go w twarz z otwartej ręki. To nie było uderzenie mocne, bo był drobnym chuchrem. Gwiazdy wcale nie przyniosły mu szczęścia. Przyniosły mu pierwszy krok w stronę kompletnego szaleństwa.
- Sto osiemdziesiąt pieprzonych słów - policzył też wszystkie litery, zdania, spółgłoski i samogłoski, dni, które minęły od uderzenia do teraz, wszystkie minuty, sekundy, policzył to wszystko i jeszcze więcej - ty durniu, twoje miejsce jest na podłodze, gdzie mnie za to przepraszasz. - Chwycił go za tę jego cholerną szatkę i najwyraźniej nie zważał zupełnie na to, czy ktoś jeszcze tu był, czy ktoś jeszcze zorientuje się, że to była tylko gra... a on był porywczym gnojkiem, którego dało się wytrącić z równowagi jednym, dobrze sformułowanym listem.
with all due respect, which is none