14.05.2024, 22:49 ✶
Spętany Peregrin bezsilnie patrzył za Thoranem, gdy ten sforsował gabinet Dolohova. Widok opróżnianej szuflady spotęgował jedynie jego wysiłki nakierowane na szamotanie się z więzami, które — całe szczęście — nie były aż tak ciasne, jak mogłyby być, i w końcu puściły. Trelawney natychmiast wstał, rozprostowując boleśnie nogi wciąż mrowiące po zaklęciu paraliżującym. Jeszcze nim w pełni doszedł do siebie, ruszył nieco pokracznie za intruzem.
Rychło w czas, aby uderzył go świst towarzyszący deportacji.
— Szlag — wypluł wściekle, zaciskając pięści. Nie było już niczego, co mógłby zrobić. Thoran rozprysnął się w powietrzu i był Merlin wie jak daleko.
Peregrinus dał sobie chwilę na rozmasowanie nadgarstków, po czym ukląkł z głębokim zrezygnowanym westchnieniem, aby pozbierać to, co wypadło Yaxleyowi. Zaniósł ocalone papiery z powrotem do gabinetu Vasilija, a wychodząc, na dłuższą chwilę przystanął w progu. Chciał upewnić się, że to, czego szczątki zebrał przed chwilą, było jedynymi poniesionymi stratami.
— Szlag.
Nie było wyjścia — trzeba było o tym powiedzieć szefowi. Przecież nie ukryje tego i to… nie jego wina? Na litość, nie był w końcu zatrudniony na stróża. Gorzki posmak upokorzenia pozostawał jednak na języku i wcale nie podobało się wróżbicie, że trzeba będzie się do tego wszystkiego przyznać.
Wyszedłszy na korytarz, zamaszyście machnął różdżką, aby zamknąć zaklęciem drzwi kamienicy dla osób trzecich. Zaklęciem nieproporcjonalnie mocnym, bo drzwi zadrżały aż od niego w zawiasach, gdy się po nich rozeszło. Ot, na taki tylko upust złości sobie pozwolił Trelawney, tłamsząc całą resztę emocji.
Wspiął się na piętro na nogach wciąż nieco zdrętwiałych od efektów zaklęcia, podpierając się poręczy rękoma nadwyrężonymi od szamotaniny. U szczytu schodów wziął kilka głębokich oddechów na stłumienie wzburzenia, strzepał kurz z ubrania, poprawił koszulę wpuszczoną w spodnie i zawołał:
— Vakel?! — Rozejrzał się dookoła, czekając tego, z którego pokoju wyłoni się wróżbita. — To dość… pilne!
Rychło w czas, aby uderzył go świst towarzyszący deportacji.
— Szlag — wypluł wściekle, zaciskając pięści. Nie było już niczego, co mógłby zrobić. Thoran rozprysnął się w powietrzu i był Merlin wie jak daleko.
Peregrinus dał sobie chwilę na rozmasowanie nadgarstków, po czym ukląkł z głębokim zrezygnowanym westchnieniem, aby pozbierać to, co wypadło Yaxleyowi. Zaniósł ocalone papiery z powrotem do gabinetu Vasilija, a wychodząc, na dłuższą chwilę przystanął w progu. Chciał upewnić się, że to, czego szczątki zebrał przed chwilą, było jedynymi poniesionymi stratami.
— Szlag.
Nie było wyjścia — trzeba było o tym powiedzieć szefowi. Przecież nie ukryje tego i to… nie jego wina? Na litość, nie był w końcu zatrudniony na stróża. Gorzki posmak upokorzenia pozostawał jednak na języku i wcale nie podobało się wróżbicie, że trzeba będzie się do tego wszystkiego przyznać.
Wyszedłszy na korytarz, zamaszyście machnął różdżką, aby zamknąć zaklęciem drzwi kamienicy dla osób trzecich. Zaklęciem nieproporcjonalnie mocnym, bo drzwi zadrżały aż od niego w zawiasach, gdy się po nich rozeszło. Ot, na taki tylko upust złości sobie pozwolił Trelawney, tłamsząc całą resztę emocji.
Wspiął się na piętro na nogach wciąż nieco zdrętwiałych od efektów zaklęcia, podpierając się poręczy rękoma nadwyrężonymi od szamotaniny. U szczytu schodów wziął kilka głębokich oddechów na stłumienie wzburzenia, strzepał kurz z ubrania, poprawił koszulę wpuszczoną w spodnie i zawołał:
— Vakel?! — Rozejrzał się dookoła, czekając tego, z którego pokoju wyłoni się wróżbita. — To dość… pilne!
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie