Selar zdziwiła się, kiedy Lorien poprosiła ją o nową kawę. A do tego jeszcze kazała bardziej się postarać. Przecież robiła najlepszą kawę na świecie! Od lat w ten sam sposób i do tej pory nie zdarzyło jej się usłyszeć, żeby cokolwiek było z nią nie tak. Skoro jednak tym razem popełniła jakiś błąd, panią domu należało odpowiednio przeprosić.
- Selar bardzo panią Lorien przeprasza. Selar przygotuje dobrą kawę. – zapewniła kobietę. Zabrała też od niej filiżankę. I już chciała zniknąć, uciec do kuchni, kiedy na miejscu pojawili się Robert, Sophie oraz nieznany jej mężczyzna. Oczywiście mowa o Stanleyu.
Słowa wypowiedziane przez Roberta zatrzymały ją chwilę dłużej w jadalni.
- Selar zaraz wszystko przyniesie. Pan Borgin zajmie miejsce. – potaknęła, dając tym samym do zrozumienia, że usłyszała; że zamierzała wykonać również i to polecenie. Dopiero po tych słowach teleportowała się do kuchni. Będąc pewną, że nie zamierzali zrzucić jej na głowę niczego więcej. Nie, żeby skrzatka miała z tym jakiś problem.
Zajął wolne miejsce u szczytu stołu, po czym – w pierwszej kolejności – sięgnął po kubek z kawą. Nalał odpowiednią ilość do białej filiżanki. Odstawił naczynie we wcześniejsze miejsce. Zlustrował stół uważnym spojrzeniem. Ignorując słowa, jakie w jego kierunku wypowiedzieli Charles i Leonard, odstawił filiżankę na spodek i tak po prostu zajął się nakładaniem jedzenia na talerz. Najwyraźniej nie uznał za stosowne odczekania tych kilku kolejnych minut, potrzebnych na to, żeby Selar dostarczyła Stanleyowi talerz, sztućce, filiżankę.
Całe szczęście skrzatce nie zajęło to zbyt wiele czasu. Ledwie zniknęła, tak i wróciła do jadalni ze wszystkim tym, czego pan Borgin mógł potrzebować. Nie miała natomiast jeszcze kawy dla Lorien – ta rzecz miała zająć jej dłuższą chwilę. Kilka kolejnych minut. Bez słowa zniknęła, pozostawiając domowników i ich gościach samych.
- A więc znacie się z panem Borginem? – zainteresował się, kiedy Lorien w niemal serdeczny sposób przywitała się ze Stanleyem. Ot, zapytał żony, sięgając jednocześnie po gazetę, którą starannie sobie rozłożył. Ot, kolejny z rytuałów. Poranna lektura, od czasu do czasu przerywana po to, żeby zamienić z kimś tych kilka słów. Robert starał się uważnie śledzić to, co działo się w całym kraju. Nie tylko w samym Londynie. – Zakładam, że zapewne z miejsca pracy? – dorzucił, wyglądając zza gazety. Spoglądając już nie tylko na żonę, ale wędrując spojrzeniem także w kierunku Stanleya. Czy ten zdawał sobie sprawę z sytuacji? Jadł właśnie śniadanie z przedstawicielką Departamentu Przestrzegania Prawa. Będzie trzeba mieć to na uwadze.
Miał już wracać do gazety, ukryć się za nią ponownie, kiedy zarejestrował zachowanie Sophie. Całe te jej wiercenie się na krześle. I cóż, nie byłby sobą, gdyby w żaden sposób na to nie zareagował. Nie odezwał się choćby jednym słowem.
- Sophie. – ton głosu musiał być tutaj wystarczający. Nie było potrzeby wypowiadania konkretnych słów. W połączeniu ze spojrzeniem, powinien zostać należycie zinterpretowany. Dlatego też całe to: zachowuj się, z jego ust tym razem nie padło.
Wreszcie wróciła Selar. Z filiżanką kawy, teleportowała do jadalni. Pojawiła się tuż obok Lorien, blisko Roberta. Postawiła filiżankę na spodku, który przez cały czas czekał. Miała nadzieje, że tym razem pani domu będzie zadowolona. Nie chciała jej zezłościć. Ani rozczarować.
- Selar przygotowała kawę. Selar sama zmieliła ziarna. Kawa powinna być dobra. – zadeklarowała. I zamiast z miejsca opuścić pomieszczenie, czekała. Na co? Nie, nie na to aż Lorien ją odeśle. Czekała aż pani Mulciber spróbuje przygotowanej specjalnie dla niej kawy. Chciała mieć pewność, że tym razem odpowiednio się postarała.
tura do 17.05