Cierpliwość, nawet ta anielska, miewała swoje granice. Im dłużej trwało całe te przedstawienie, tym więcej jej ubywało. Coraz trudniejsze okazywało się zachowanie kontroli. Spokoju. Powstrzymywanie się od niepotrzebnych reakcji, w przypadku których Robert doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niekoniecznie przyniosłyby w tym momencie cokolwiek dobrego. A przecież ostatnim czego chciał, były dalsze komplikacje. Kolejne problemy, które mogły się pojawić. Nie były one im potrzebne.
Nie wchodził im w słowo, zarazem jednak wciąż uważnie śledząc wszystko, co padało z ust Anthony'ego oraz Stanleya. Nie wyłączył się nawet na krótką chwilę. Tak po prawdzie, to gotów był w na to aby w każdej chwili wtrącić od siebie cokolwiek więcej. Dodatkowo. O ile tylko uznałby, że wymagała tego od niego sytuacja.
Naprawdę wolałby, żeby do tego nie doszło.
Gdyby w tym momencie uniósł do ust szklankę z alkoholem, zapewne zachłysnąłby się procentami. Może przy okazji nawet opluł. Całe szczęście, w chwili kiedy z ust Anthony'ego padło określenie wujek niczego nawet nie trzymał w ręku. I najpewniej to właśnie dzięki temu jego reakcja ograniczyła się wyłącznie do chwilowego zamknięcia oczu. Do policzenia w myślach do dziesięciu. Ewentualnie do dwudziestu. A także powtórzenia samemu sobie, że był to dzieciak, który nie miał prawa wyprowadzić go z równowagi.
Selar, która przed chwilą dostarczyła im wszystkim jedzenie, umożliwiła mu skupienie się w większym stopniu na czymś innym. Widelec. Nóż. Kawałek zapiekanki. Jeszcze ciepłej. Świeżo przygotowanej przez skrzatkę. Całe szczęście nie zawierała ona wspomnianych przez młodszego Borgina brukselek. Zielonego groszku natomiast było relatywnie niewiele, podobnie jak pokrojonej w kostkę marchewki. Zgodnie z upodobaniami Roberta, który za tym nie przepadał.
- Ta informacja mogłaby zaszkodzić. Tak Stanleyowi, jak i Tobie czy mnie. Zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń. - zauważył, kiedy obydwaj skończyli mówić. Oderwał spojrzenie od zapiekanki. Co konkretnie chciał przekazać? - Po moim wyjeździe, po mojej majowej nieobecności, straciłem na znaczeniu w organizacji i zyskałem wrogów. Ogłaszanie w tych okolicznościach informacji tego kalibru, dzielenie się nimi, było ryzykowne. Poza tym istnieją też inne kwestie. Te bardziej... przyziemne.
Niełatwo przecież powiedzieć o nieślubnym dziecku własnej żonie. Córce. Innym krewnym. Współpracownikom. Bliższym bądź dalszym znajomym. Ściągnęłoby to tylko na Mulicberów niepotrzebną uwagę. Jeszcze większą niż do tej pory. Bo przecież od początku czerwca już dość dużo mówiono o ich rodzinie. Było o nich zadziwiająco głośno - zwłaszcza, że przecież sami niekoniecznie byli szczególnie medialni. Raczej postrzegani jako cisi, spokojni, trzymający się na uboczu. Starający o to, aby nie rzucać się w oczy. Kolejne przygody Diany Mulciber, wypadek Donalda, ogłoszenie związane z fundacją, a do tego jeszcze sprawa Juliusa oskarżonego o współpracę ze śmierciożercami... to nie brzmiało dobrze.