Czuła to napięcie, ale rzeczywiście nie było ono skierowane na Sauriela, nie była na niego zła i wcale nie miała przemożnej ochoty się z nim kłócić – bo nawet nie było o co. Była zdenerwowana sytuacją, tym, że nie może robić tego, czego chce, że ktoś próbuje ją tutaj uwięzić wbrew jej woli. Jaka w tym była wina Sauriela? Że ją tutaj zaprowadził? To żadna wina, nie mogli wiedzieć, że zamek jednak nie jest tak opuszczony, jak wszyscy mówili – i nie miała do Rookwooda żadnego żalu. Nawet nie pomyślała o tym, by się na nim wyżywać. Owszem, była poirytowana i to musiało się z niej wylewać, ale nie było wycelowane w czarnowłosego, absolutnie nie. Nie odczuwała też w żadnym momencie, by Sauriel był zły na nią – raczej również na samą sytuację. Mogła brzmieć jakby szukała zaczepki, ale tak nie było – jedynie się z nim… droczyła. W swoim stylu, ale nie miała nic złego na myśli. Nie na Sauriela w każdym razie.
Zawsze miała głowę pełną pomysłów, przebiegały przez nią tysiące myśli – już mu to chyba nieraz udowodniła, w jaki sposób działa jej mózg, jak patrzy na świat, nad czym się zastanawiała i do czego to doprowadzało. Tak jak cały czas zastanawiała się, jak pomóc mu w tym wampirzym życiu; na zastanawianiu się nie kończyło. Spędzała długie godziny z notatnikiem w ręce, zapisując pomysły i kombinacje składników na eliksiry, ślęczała też nad kociołkiem, ciągle coś ważyła – i miała kilka pomysłów, lecz nie wiedziała, czy uda się jej cokolwiek osiągnąć. Tak czy siak będzie to trzeba przetestować, choć na pewno nie w tej chwili. W każdym razie miała pomysły, tak jak teraz, choć obecnie w sytuacji związanej z uwięzieniem w zamku miała ich niezbyt wiele, bo i nie miała zbyt dużo czasu na myślenie. A do tego wszystkiego targały nią różne uczucia, też te negatywne, jak strach, bo co, jeśli naprawdę tutaj utknie pozbawiona swojej magii…? Czy Sauriel by ją tu opuścił? A może zostałby z nią, w zamku było na pewno mnóstwo miejsc, gdzie mógłby się skryć przed słońcem, głodny też by nie został – zawsze była ona.
– O, na pewno… – wymruczała niezadowolona pod nosem. Nie chciała, żeby ją jakiś obcy dziad (tak sobie wyobrażała, że jeśli to nie poltergeist, to jakiś zgrzybiały, stary gość) oglądał ani nago, ani w samej bieliźnie. Sauriel… Sauriel to była zupełnie inna rozmowa, jego wzrok by wytrzymała, zresztą to była zupełnie inna sytuacja, nawet jeśli nigdy jej tak nie oglądał. Ale obcy gość – nie. Aż się wzdrygnęła. – Nie? A zabrzmiało jakby były – on się uśmiechnął, a Victoria… wykrzywiła się do niego, by ostatecznie puścić do niego oko, nim obróciła się do niego bokiem. Rzadko miała okazję się z kimś tak podroczyć i bardzo jej tego brakowało. Zawsze poważna Victoria… Uśmiechnęła się tutaj i teraz, nawet w obliczu tej patowej sytuacji.
Cała ta scena to brzmiało jak jeden wielki bardzo nieśmieszny żart. Niemalże tak bardzo jak pewien mugolski suchar: jak brzmi dzwonek do drzwi Jamesa Bonda? Dong, Ding Dong. Robiło się śmieszne dopiero za którymś razem – tak samo jak zapewne będzie z przygodą, która ich spotkała w tym zamku. Teraz śmiesznie nie było, ale za jakiś czas…?
Musiała się złapać Sauriela mocniej, gdy się obrócił, a potem znowu raz i zaczął biec; znowu wbiła w niego paznokcie, na pewno czuł to przez koszulę, chociaż nie robiła tego celowo i po to, by sprawić mu jakiś ból, zresztą gdy zerwał się do biegu, to z jej ust wyrwał się teraz już okrzyk, a nie pisk. Nie była to najwygodniejsza pozycja, ale Sauriel robił to wszystko celowo i ku własnej uciesze, i gdyby to był ktokolwiek inny, to pewnie straciłby zęby po klepnięciu ją w tyłek. Ale to był Sauriel. Może o tym nie wiedział, ale w stosunku do Victorii mógł sobie pozwolić na znacznie więcej niż większość mężczyzn.
Odstawiona na ziemię, musiała się go złapać, bo aż zakręciło jej się w głowie, od tego wiszenia głową w dół, a teraz gdzie był pion, gdzie poziom? Stęknęła nawet pod nosem, gdy jej palce zacisnęły się na jego nadgarstku, a ona lekko się zakołysała, a ostatecznie przymknęła oczy.
– Czekaj, kręci mi się w głowie – głośniej wypuściła powietrze przez usta, a dłonią dzierżącą uparcie różdżkę potarła swoją skroń. W końcu jednak ostrożnie puściła czarnookiego i zbliżyła się do kwiatów i schyliła się, szukając odpowiedniego miejsca, by pobrać dla siebie szczepek i spróbować je w domu rozmnożyć. – Wiesz, że te kwiaty należą do psiankowatych? Jak te, które mi przyniosłeś – odezwała się w trakcie. – Też są śmiertelnie trujące. Ale zobacz, jakie są piękne i jak pachną – kontynuowała, ciągle grzebiąc przy łodygach i ziemi. W końcu miała, co chciała i się podniosła, kiedy jej wzrok padł na te rosnące obok róże i zapatrzyła się na nie przez moment. – Sauriel? Spróbujesz mnie odczarować? Nie chcę na razie używać magii, chyba naprawdę za mocno się uderzyłam – i dlatego wolała trochę odczekać… ale na pewno nie tu. Bo co jeśli zaraz zostaną pogonieni za niszczenie ogrodu, albo inny absurdalny powód? Mogli się przejść kawałek, posiedzieć gdzieś w trawie, póki nie poczuje się lepiej i wtedy mogłaby ich teleportować. Tylko problemem były te cholerne szpilki; tęskniła już za swoimi butami, odpowiednimi do tej wycieczki. I ta sukienka… już widziała jak się będzie zaczepiać o te wszystkie chaszcze, jakie mijali po drodze. Tylko co, jeśli to nie były jej ubrania zamienione w inne, a podmienione w jakiś dziwny sposób? Myśl, ze ten stary piernik miałby mieć u siebie JEJ ubrania, była odstręczająca.