Utknął. Prawda była taka, że utknął w małżeństwie, do którego nigdy nie powinno było dojść. Podporządkowany własnemu ojcu, nie potrafił odmówić. Sprzeciwić się. Postąpić wbrew oczekiwaniom Francisa. Żył więc tak, jak to zostało dla niego zaplanowane. Z każdym kolejnym rokiem będąc jednak coraz bardziej niechętny względem kobiety, która była matką jego dziecka; która była jego żoną. Świadomy zarazem tego, że nie istniała w ich przypadku żadna opcja mogąca pozwolić na to, aby zwrócić im wolność.
Czystokrwiści się nie rozwodzą, synu. Dokładnie pamiętał te słowa, które przed prawie dwoma laty usłyszał do swojego ojca. Ten nie zamierzał mu pozwolić na popełnienie takiego błędu. Na nadszarpnięcie dobrego imienia, jakim cieszyła się ich rodzina. Nie w ten sposób. Jeśli źle Ci z własną żoną, znajdź sobie kochankę. O rozwodzie jednak zapomnij. Postawił sprawę jasno. Nie zostawił miejsca na dyskusje. Na negocjacje. Nie zamierzał tych ostatnich nawet zaczynać. Było wręcz przeciwnie. Jeśli nie chcesz stracić wszystkiego, podporządkujesz się mi, Robercie. I stanęło na tym, że Robert kolejny raz podporządkował się swojemu ojcu. Tak jak to miało miejsce wcześniej. Tak jak to będzie miało miejsce jeszcze wiele razy w przyszłości.
Można w tym miejscu zastanowić się nad tym czy gdyby nie relacja jaka łączyła Roberta z ojcem; gdyby nie zakazy i nakazy Francisa, to czy cała ta historia nie potoczyłaby się inaczej? Nie doszłoby do kolejnych wydarzeń, a w efekcie tegoż również do morderstwa - popełnionego przez Richarda na żonie jego brata. Tego typu gdybanie nie miało jednak sensu. Nie teraz. Nie w chwili, kiedy należało działać. Przedstawić problem. Zacząć myśleć nad tym, w jaki sposób należało się go pozbyć. Pozbyć skutecznie. Raz na zawsze.
- Richard... to nie czas na tego rodzaju przytyki. - upomniał brata. Bo jemu nie było na ten moment ani trochę do śmiechu. W całej tej sytuacji nie widział niczego, co mogłoby wydawać się choćby trochę zabawnym. Poza tym był też bardzo zestresowany. Przekonany o tym, że za sprawą własnych, nieprzemyślanych działań, może zaliczyć bolesną wpadkę. I co za tym idzie, zaliczyć również bolesny upadek z wysokości. - Podejrzewam, że Grace zabiła się z powodu moich działań. W ostatnich miesiącach... wpływałem na nią z pomocą magii. Podejrzewam, że trwało to zbyt długo, było zbyt intensywne i... wreszcie zaowocowało jej samobójstwem. Ja... - nabrał powietrza w płuca, a następnie je wypuścił. Musiał. Naprawdę musiał podzielić się tym wszystkim z bratem. Potrzebował w jakiś sposób się zabezpieczyć. A kto mu pomoże zabezpieczyć się lepiej od bliźniaka, który co prawda nie w ojczystym kraju, ale jednak rozwijał karierę w odpowiednim do tego rodzaju pomocy zawodzie? No właśnie. - ...nie planowałem, że to tak się potoczy. Jeszcze nie teraz. I obawiam się, że brygada może coś zauważyć. Na ten moment nie powiedzieli wiele na temat okoliczności jej śmierci. I... Rick... muszę to wiedzieć, czy to normalne, że tyle informacji trzymają przed nami w tajemnicy? - wyrzucił z siebie wszystko, co siedziało mu teraz na wątrobie, duszy, na czymkolwiek. Podzielił się z bratem swoimi obawami, licząc że ten udzieli mu odpowiedniej pomocy. Właściwego wsparcia. Bo kto jeśli nie Richard? Komu innemu mógł w takim właśnie stopniu zaufać? Tak wiele zdradzić na swój temat?