Raz na wozie, raz pod wozem? Victoria miała swoją teorię o tym, że nieszczęścia wcale nie chodziły parami, a stadami; że gdy coś się psuje, to nie jedna rzecz, ale wszystkie po kolei, jakby życie jeszcze bardziej chciało ci dokopać i sprawdzić, kiedy się w końcu poddasz. Kiedy już się położysz i po prostu nie będzie ci się chciało podnosić, bo po co? Czasami brakowało tej marchewki na sznurku, za którą można było iść. W jej życiu tych marchewek zdecydowanie brakowało, wynagrodzenia za ten cały ciężar, który spoczął na barkach. I czy było warto? Dla tych krótkich chwil szczęścia i uniesienia? Dla uśmiechu kochanej osoby? Dla usłyszenia, że jest się coś wart, że bez ciebie byłoby smutno, że jesteś potrzebny? Że tam za zakrętem coś na ciebie czeka? Może rzeczywiście to chodziło o to, że swojemu szczęściu trzeba dopomóc, a nie czekać, aż los się odwróci. Sam się nie odwróci. To jak wir w limbo, cykl, który pochłania duszę, jestestwo – który trzeba było odwrócić, by się w nim nie zatracić i nie zostać tam na wieki. Odwróć cykl. tak jak odwróć monetę, odwróć głowę, pójdź w innym kierunku, odwróć swój los, popchnij go, daj mu kopniaka ta, jak i on go daje tobie. Zrób na przekór temu, co jest ci ciągle rzucane pod nogi i udowadniane. Victoria właśnie to próbowała zrobić; żyć po swojemu, a nie tak, jak jej kazali. Wyrwała się z domu, przygarnęła kota, którego nigdy w szkole nie pozwalano jej mieć i próbowała jakoś… żyć. Stanąć na nogi i pokazać całemu światu środkowy palec, jak i on pokazywał jej. Jej własna droga, tak? Wiele rzeczy chciała zrobić po swojemu. Odwrócić swój los… wrócić do normalności, nie być już Zimną – to na dobry początek. Chciała też tego samego dla Sauriela, chciała go w swoim życiu, chciała wiele, ale tych marzeń nie ośmielała się wypowiadać na głos, by i tego jej nie odebrano.
I przy tym wszystkim, nie zmieniłaby w tym dniu absolutnie nic, nawet jeśli zafundowano jej trochę paniki, strachu i złości, a teraz również zmęczenia. Nie zamierzała się wracać tam i patrzeć, czy to był tylko zły sen – roślinka ściskana w dłoni była wystarczającym dowodem, że to wszystko było prawdziwe. Nie chciała tam wracać, by się przekonać, że ktoś będzie chciał jej namieszać w głowie i w inny sposób zmusi ją do powrotu za bramę, by została tam na wieki. Nie chciała tam zostawać, chciała być… wolna, i jednocześnie chciała gdzieś należeć. Ale nie w ten przedmiotowy sposób, tylko ten całkowicie rozwijający skrzydła. Chciała kochać… i być kochaną. A jeśli miała jednak umrzeć za kilka miesięcy… to chciała umrzeć ze świadomością, że przeżyła coś tak wspaniałego, nawet jeśli tylko przez chwilkę. Nie chciała umierać niespełniona, z wyrzutami sumienia, z niedokończonymi sprawami, które uwiążą jej duszę na wieki w zawieszeniu pomiędzy światami.
– Tak, raz wystarczy – burknęła, wciąż wtulona w jego klatkę piersiową, przez co jej głos był odrobinkę przytłumiony. Objęta, poklepana dla otuchy po plecach, a później dociśnięta do niego, tylko mocniej zacisnęła swoje dłonie i cicho odetchnęła. Czuła, jak kolejna fala emocji z niej spływa. To faktycznie było bezpieczne miejsce – pomiędzy jego ramionami. Nigdy nie czuła, by miała być przez niego zagrożona, no i w jego otoczeniu czuła się znacznie bezpieczniej. Jak wtedy, gdy zabierał ją ze szpitala polowego do domu, ale gdy czuwał nad jej snem przez kilka dni po ataku we śnie. Przy Saurielu czuła po prostu, że wszystko jest w porządku i że jakoś to będzie, że coś wymyślą, coś na wszystko poradzą. Nieświadomie dodawał jej sił, dlatego gdy go zabrakło w tamtym newralgicznym momencie, to było jej znacznie trudniej.
Tak, usłyszała ten śmiech i jaki jest rozbawiony całą tamtą sytuacją. Aż odkleiła się od niego i odrobinę wychyliła, chcąc spojrzeć w jego twarz (chociaż było ciemno jak diabli), wciąż jednak obejmując go rękoma.
– A co, przeszkadzało ci to? – mówiła dość wolno, cicho, zastanawiając się, co mu chodziło po głowie poza tym, że sytuacja go ewidentnie bawiła. – Myślisz, że pod jakąś peleryną niewidką stał tam i się gapił? – pociągnęła temat i uniosła wyżej brew. – Bo jak na moje, to stałeś tam tylko ty – a ty nie jesteś dla mnie żadnym podejrzanym typem… Jakby nie to, że było tak ciemno pomiędzy tymi drzewami, to Sauriel widziałby, jak Victoria patrzy na niego spod rzęs, że uśmiecha się półgębkiem.
– Daj mi chwilę, dojdę do siebie i nas teleportuję – wolała niepotrzebnie nie ryzykować, bała się, że magia nawalała dlatego, że się uderzyła, nie chciała, by się gdzieś po drodze rozszczepili. Ale może miała po prostu pecha i zaklęcia jej po prostu ni wychodziły bo nie. – Nic ci się w ogóle nie stało? Po tym jak spadliśmy.