19.05.2024, 17:10 ✶
Pierwsza myśl, gdy sytuacja zaczęła się zagęszczać: ucieczka. Tylko gdzie? Jak uciekać w takim miejscu, gdy twoim przeciwnikiem jest natura? Choć odruchem Peregrin cofnął się w stronę lasu, aby oddalić się od zaatakowanego Robertsa, wróżbita nie znalazł się ni centymetra dalej od niebezpieczeństwa. Prawdodpobnie wprost przeciwnie. Kto wie, który z pędów zbuntuje się kolejny. Jak okiem sięgnąć, nie było gdzie postawić stopy, jak nie wśród morderczej darni. Szczególnie gdy roślinność oddzieliła go od ośrodka Windermere, od reszty czarodziejów. Pozostał mu jedynie Sebastian i Brenna.
Trelanwey rzucił okiem za plecy — na las, po którym jeszcze rano spacerował, podziwiając urokliwe okoliczności przyrody. Teraz jawił się jego wciąż szeroko rozwartym w szoku i strachu oczom zgoła inaczej, a wycieczka w głąb mrocznego uroczyska, ku ruinom, wcale nie nęciła przygodą jak jeszcze przed kilku minutami. Owena nie było, może pora to zaakceptować i wrócić innym razem. Właściwie czarodziej zamarzył o wydostaniu się z tego miejsca, ale wszystkie znaki wskazywały na to, że opcje ewakuacji okażą się nędzne. Szczególnie że…
— Brenna! — wyrwało mu się, gdy zobaczył wijącą się w jej stronę gałąź. — A zmierzaliśmy właśnie sprawdzić, czy nic ci nie grozi.
Obecna sytuacja mówiła sama za siebie, pytanie o stan i samopoczucie kobiety nie mogło być bardziej zbędne. Longbottom w rzeczy samej coś groziło, ale bynajmniej nie tylko jej. Na swoje nieszczęście mieli niepowtarzalną szansę zostać towarzyszami jej wyprorokowanej niedoli.
Choć spotkali się dotychczas tylko raz, wiosną, na krótko i w podobnie niesprzyjających rozwijaniu znajomości okolicznościach, poznał brygadzistkę od razu. Gdy wcześniej myślał o kimś kompetentnym do mierzenia się z wrogą magią, miał z tyłu głowy właśnie kogoś takiego jak ona, toteż jej obecność dodała mu minimalnie otuchy. Minimalnie, bo okrzyk Sebastiana z lekka zachwiał jej wizerunkiem w jego oczach.
Widząc, że Brenna na razie próbuje sobie poradzić sama, odwrócił się do wołającego go kuzyna. Mocniej zacisnął palce na różdżce, tłamsząc w ustach przekleństwo. Wyglądało na to, że jest jedyną względnie bezpieczną póki co osobą, choć nie umniejszało to jego zdenerwowania. Byli otoczeni, czuł, że w każdej chwili, z każdej strony i on może zostać wciągnięty przez las, którego oczy czuł na sobie. Jakby ten tylko wyglądał jego ruchu, aby go udaremnić.
— Poczekaj, spróbuję coś… coś. — Mimo wzburzenia stresującą sytuacją, skupił się na tyle, na ile pozwalały mu nerwy, i machnął różdżką tak, aby spróbować rozproszyć lub choćby rozluźnić korzonki oplatające stopy Sebastiana i ułatwić mu wyrwanie się.
zatem z translokacji próbuję rozpędzić witki na Sebastianie
Trelanwey rzucił okiem za plecy — na las, po którym jeszcze rano spacerował, podziwiając urokliwe okoliczności przyrody. Teraz jawił się jego wciąż szeroko rozwartym w szoku i strachu oczom zgoła inaczej, a wycieczka w głąb mrocznego uroczyska, ku ruinom, wcale nie nęciła przygodą jak jeszcze przed kilku minutami. Owena nie było, może pora to zaakceptować i wrócić innym razem. Właściwie czarodziej zamarzył o wydostaniu się z tego miejsca, ale wszystkie znaki wskazywały na to, że opcje ewakuacji okażą się nędzne. Szczególnie że…
— Brenna! — wyrwało mu się, gdy zobaczył wijącą się w jej stronę gałąź. — A zmierzaliśmy właśnie sprawdzić, czy nic ci nie grozi.
Obecna sytuacja mówiła sama za siebie, pytanie o stan i samopoczucie kobiety nie mogło być bardziej zbędne. Longbottom w rzeczy samej coś groziło, ale bynajmniej nie tylko jej. Na swoje nieszczęście mieli niepowtarzalną szansę zostać towarzyszami jej wyprorokowanej niedoli.
Choć spotkali się dotychczas tylko raz, wiosną, na krótko i w podobnie niesprzyjających rozwijaniu znajomości okolicznościach, poznał brygadzistkę od razu. Gdy wcześniej myślał o kimś kompetentnym do mierzenia się z wrogą magią, miał z tyłu głowy właśnie kogoś takiego jak ona, toteż jej obecność dodała mu minimalnie otuchy. Minimalnie, bo okrzyk Sebastiana z lekka zachwiał jej wizerunkiem w jego oczach.
Widząc, że Brenna na razie próbuje sobie poradzić sama, odwrócił się do wołającego go kuzyna. Mocniej zacisnął palce na różdżce, tłamsząc w ustach przekleństwo. Wyglądało na to, że jest jedyną względnie bezpieczną póki co osobą, choć nie umniejszało to jego zdenerwowania. Byli otoczeni, czuł, że w każdej chwili, z każdej strony i on może zostać wciągnięty przez las, którego oczy czuł na sobie. Jakby ten tylko wyglądał jego ruchu, aby go udaremnić.
— Poczekaj, spróbuję coś… coś. — Mimo wzburzenia stresującą sytuacją, skupił się na tyle, na ile pozwalały mu nerwy, i machnął różdżką tak, aby spróbować rozproszyć lub choćby rozluźnić korzonki oplatające stopy Sebastiana i ułatwić mu wyrwanie się.
zatem z translokacji próbuję rozpędzić witki na Sebastianie
Rzut Z 1d100 - 31
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 50
Sukces!
Sukces!
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie