Starała się nadmiernie nie myśleć o przyszłości, żeby samej siebie nie wpędzić w to błędne koło myślenia o strachu i zbliżającym się końcu. Bała się, że jeśli będzie się nad tym rozwodzić zbyt długo, to znowu zobaczy świat w tych fatalistycznych, czarnych kolorach, które przesłaniały wszelką nadzieję na życie. Życie, które niejedno ma imię. Starała się myśleć pozytywnie, a przynajmniej neutralnie, nie zapuszczać się zbyt daleko w gąszcz przyszłych wydarzeń – póki co było lato, a lato powinno się kojarzyć dobrze. Z ciepłem, odpoczynkiem, uśmiechem. Nie bez przyczyny krótkie, letnie romanse były tak popularne i rozmywały się wraz z nadejściem jesieni i długich, zimnych deszczowych dni. Nie chciała myśleć o przyszłości, ale nie byłaby sobą, gdyby nie planowała, a grafik miała przecież napięty. Tak jak ciągle planowała czterodniowy wyjazd do Afryki; już miały wszystko ustalone – świstokliki do Francji, teleportację nad wybrzeże, by stamtąd jak najkrótsza droga płynąć statkiem do Afryki – i tam kolejne świstokliki, kominki, teleportacje i tak dalej. Termin też już miały, wcale nie tak odległy i Victoria pamiętała, by przed tym uprzedzić Sauriela, bo na pewno będzie wtedy potrzebowała jego pomocy przy kocie. Ale i bez kota by mu powiedziała, tak jak wtedy, kiedy na dwa dni wybrała się do Włoch. Chciała mu mówić o takich rzeczach, bo chciała, by był obecny w jej życiu i chciała mu o nim opowiadać… tylko ciągle nie miałam pewności, jak dużo on w ogóle chciał tego słuchać. Jak bardzo go to interesowało? Chyba go interesowało, bo wcale kontaktu z nią nie unikał, a wręcz na pewien sposób go szukał. I chyba nawet, pomimo obaw, nie było dziwnie, nawet jeśli wcale nie chcieli, albo nie potrafili, utrzymać swoich rąk z dala od siebie. Tak jak dzisiaj – ten kontakt gdzieś tam nawet podświadomie szukali i wcale się od niego nie wzbraniali. Nikt się nie spinał przy przypadkowym, ani tym bardzo nieprzypadkowym, dotyku. Chciała mówić mu te wszystkie rzeczy – że będzie dobrze, że może na nią liczyć, że sobie poradzą. Och, gdyby tylko Sauriel zechciał mówić i dzielić się tym, co miał w głowie… nie chodziło nawet o żadne plany Śmierciożerców, bo tego lepiej żeby nie wiedziała… zapewne. Chodziło o to wszystko, co chodziło mu po głowie i co składało się na bycie Saurielem. Nie kupowała tego, że jest tłukiem – takie osoby nie trafiały do Ravenclawu, zresztą udowodnił jej to nieraz. Mógł być leniwy, ale to nie odbierało mu możliwości bycia bystrym i inteligentnym. Miał w sobie ten magnetyzm i spojrzenie na świat oczami buntownika. Czy to ta czerń zalewająca jego tęczówki? Czy od urodzenia był naznaczony jako ktoś, kto będzie szedł pod prąd, komu pisana była noc i jej opiekuńczy szal? Wiedziała, że Sauriel się starał – nie od początku, a od momentu gdy zaczęli się jakoś… dogadywać, gdy zakopali topór wojenny. Starał się nawet wtedy, gdy tak mocno ją odtrącił. Przestał się starać tyłków wtedy, gdy na przekór wszystkiemu wyszedł na słońce. Ale teraz… teraz starał się znowu i naprawdę to doceniała.
– Droczę się z tobą tylko – powiedziała cicho i na moment przygryzla usta, tłumiąc śmiech. To było bardzo miłe, że tak się przejmował jej czcią i tym, że mógł ją oglądać ktoś, kto nie powinien. – Dobrze, że mnie zatrzymałeś. Całkiem spanikowałam – tym niemniej jego reakcja była całkiem słodka. Prawie tak, jakby się zawstydził samą możliwością, że mogłaby się tam rozebrać. Albo był zły, że ktoś obcy mógł ją oglądać? – Nie chce żeby się na mnie gapił byle kto – a już na pewno jakiś staruch, który chciał ją tam uwięzić.
Odsunęła się od niego w końcu, ale niezbyt daleko, ot na tyle, by oddać mu jego strefę komfortu do tego, by mógł się ruszać bardziej swobodnie i odetchnęła, odgarniając kosmyk włosów, jaki opadł jej na twarz. W tle znowu zahuczala sowa i coś zaszeleściło. Ogólnie ciągle coś szeleściło.
– Jaką znowu pisankę? – naprawdę nie zrozumiała, a przecież powinna, sama niejako zaczęła ten temat, ale zaraz metaforycznie machnęła na to ręką, aż wyciągnęła rękę do Sauriela, chcąc go znowu złapać za dłoń. – Przygotuj się, zabiorę nas stąd na… trzy – może jedna powinna dłużej odczekać, ale chyba lepiej było się stąd ewakuować wcześniej, skoro czuła się już w miarę dobrze. Upewniła się, że ma swoją różdżkę bezpiecznie w kieszeni, że trzyma roślinkę, że Sauriel wszystko ma… – Dwa – i wcale nie zamierzała odliczać do jednego. Skupiła swoją wolę i wybrała cel już teraz, przy dwójce, bezczelnie oszukując Sauriela, a teleportacja wessała ich i wypluła dokładnie w jej mieszkaniu, w sypialni na piętrze, idealnie na środku puchatego dywanika.
Victoria jednak mogła używać magii i to z całkiem niezłą precyzją. Ledwie się pojawili, a już można było słychać dzikie tuptanie i przytłumiony miauk.