Czy była to z góry zapisana ścieżka, czy jedynie z góry zapisane możliwości, a od nas zależało, w którą stronę skręcimy i jakie wybory z dostępnych dla nas podejmiemy? A może ta ścieżka losowana jest na bieżąco, a opcje zmieniają się w czasie i są zapisane jedynie na kilka miesięcy albo lat wprzód, by później zrobić aktualizację. Podobno w życiu człowieka coś zmienia się mniej-więcej co pół roku, staje wtedy przed kolejnym rozwidleniem dróg i stawia krok na którejś z nich. Nadzieję… warto było mieć chyba zawsze. Była tym światłem w ciemności, albo maluteńkim światełkiem pośród cieni; czasami przygasała, ale wciąż tam była i mogła prowadzić do przodu, gdy wszystko inne zawiodło. Póki człowiek całkowicie nie stracił nadziei, póty mógł jakoś trwać. Niezależnie od tego, co ukształtowało człowieka i kiedy, nadzieja była… czymś uniwersalnym. Czy w życiu Sauriela ona istniała? Bogowie wiedzieli, że tej osobie potrzeba jej więcej niż innym; trudne dzieciństwo w pojebanym przytułku, później ściągnięcie do domu, do ojca, tam mnóstwo zakazów i nakazów oraz brutalność, by na końcu własna rodzina pozbawiła go życia. I tak oto się odrodził; silniejszy – naturalnie. Ale czy bez piętna i bez ran? Absolutnie nie.
– Ostatnio wolę ciemniejsze kolory – jakby tego już nie było po niej widać – ostatnimi czasy Sauriel miał okazję ją oglądać jedynie w tym monochromie, zero koloru. A że przychodził do niej do domu, to nie malowała ust czerwienią, z która było jej tak do twarzy. Ogólnie często widział ją bez tego podkreślającego jej urodę makijażu, za to w spodniach i koszulach, które podkreślały jej kształtną sylwetkę. Żółta suknia na pewno nie byłaby jej wyborem. Ale Saurielowi… chyba się podobało. – No nie była w moim guście, ale nie dlatego chciałam się jej pozbyć – a dlatego, że została w nią ubrana wbrew jej woli. Również dlatego, że uważała, że mogła być powodem, dla którego nie mogła wyjść z zamku i… najwyraźniej była to prawda. – To datura – powtórzyła niezrażona, ale doskonale wiedziała, że Sauriel tego nie zapamięta, albo celowo będzie przekręcać nazwę w przyszłości. Rzeczywiście kwiat będzie przypominajką i to niemałą, bo datury rosły ogromne… Już oczyma wyobraźni widziała ją pyszniącą się w donicy na balkonie. Bo mimo wszystko była to wycieczka przyjemna… niezapomniana na pewno, nawet jeśli najadła się trochę strachu i złości.
– Nie, po prostu się rozmyśliłam – a tak naprawdę to od początku to planowała, żeby maksymalnie skrócić ten nieprzyjemny moment oczekiwania na jeszcze mniej przyjemną teleportację. W sumie to pierwszy raz się razem gdzieś teleportowali, zawsze wszystko robili naokoło ze względu na lęki Sauriela. Dobrze, że je pokonał.
Małe kudłate gówienko zeskoczyło nieporadnie z łóżka Victorii, na którym sobie spało jak księżniczka (a przy jednym jego boku stały ustawione pudełka, żeby mała mogła łatwo sobie na nie wchodzić, bo ciągle miała zbyt krótkie nóżki i nie była całkowicie sprawna). Luna przytuliła się najpierw do nóg Victorii, by zaraz to samo zrobić z nogami Sauriela, którego również poznawała i bardzo lubiła. Owinęła nawet swój króciutki jeszcze ogonek wokół jego kostki i zapiszczała cicho, udając miauk. Victoria wydała tylko z siebie taki dźwięk rozczulenia i leciutko się zaciągnęła zapachem tytoniu, który tak nieodłącznie kojarzył jej się z Saurielem i… który bardzo przez to lubiła.
– To miła bajka – uśmiechnęła się pod nosem do Sauriela, kiedy uznał, że zakończeniem będzie, że żyli długo i szczęśliwie. Wydobyła różdżkę z kieszeni by jednym ruchem rozpalić w pokoju światło. Było tu sporo roślin, tak jak zresztą w całym domu, a w rogu stała miseczka z wodą i jakimiś kocimi chrupkami. – Może być też rycerz na czarnym koniu, to nawet bardziej odpowiednie, i jego tajna broń: rozbrajające pomysły – dodała i uniosła dłoń, by rozplątać ten już i tak od dawna popsuty warkocz, jaki miała i teraz Sauriel mógł ją oglądać z falowanymi włosami. Zbliżyła się do niego, żeby nie oglądać tego zdjęcia do góry nogami, a przyjrzeć się zamyślonej, niewiele ruszającej się sobie w tej żółtej sukni, której wnerwiający kolor przytłumiony był przez rozpalone w tym przedsionku świece. Było w tym zdjęciu coś tajemniczego, melancholijnego wręcz… To dlatego tak mu się podobało? – Ładne. Naprawdę uważam, że powinieneś rozważyć karierę związaną z fotografią – stwierdziła i uniosła spojrzenie na Sauriela. – Masz jakiś album na te zdjęcia? – bo to zresztą nie pierwsze, jakie jej zrobił. Uśmiechnęła się do niego – nadal uważała, że powinni zrobić sobie jakieś wspólne, jakoś wewnętrznie czuła, że bardzo tego potrzebuje, mieć taką pamiątkę. – To co… Chcesz się czegoś napić? Bo ja chyba muszę dokonać lekkiego resetu – bardzo chciała, żeby został z nią choćby jeszcze jedną chwilkę. Albo dwie. Albo dużo chwilek – jak najwięcej – ale nie śmiała go o to prosić wprost. Zaraz zresztą schyliła się, by jedną dłonią ująć przebierającą nóżkami Lunę i unieść ją wyżej, tuląc do swojej piersi.