Skoro tym razem ze strony Lorien nie pojawiła się żadna krytyka, Selar mogła opuścić jadalnie. Zanim to zrobiła, kontrolnie jednak rozejrzała się po pomieszczeniu. Tak dla pewności. Nie chciała bowiem znikać, jeśli wciąż było coś do zrobienia; jeśli w dalszym ciągu istniało coś, czym powinna była się zająć. Niczego takiego jednak nie dostrzegła. Teleportowała się więc do prosto do kuchni. Gdyby nagle okazała się potrzebna, wystarczyło tylko dać znać.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Lorien nie wiedziała. Podobnie świadomi tegoż faktu powinni być Richard i Stanley. Pozostali domownicy natomiast – w ich przypadku wszystko ograniczało się do tego, iż Lorien przez dłuższy czas przebywała poza domem. Dochodziła do siebie po tym ciut cięższym okresie, jaki trafił jej się pod koniec kwietnia, w maju. Zarazem jednak nie był pewien czy to spotkanie; spotkanie jego żony ze Stanleyem, z biegiem czasu nie ściągnie na nich wszystkich kolejnych problemów. Niby zajęty gazetą, ale nie był w stanie się na niej skupić. Miał trudności w tym, żeby tego rodzaju myśli wyrzucić z własnej głowy.
Może popełnił błąd, decydując się na to, aby Lorien wróciła? Może powinien był się jej pozbyć. Pozbyć się całego tego problemu, bałaganu, który powstał w wyniku popełnionego wraz z początkiem roku błędu. Błędu, przed którym Richard starał się go ostrzec. Od którego usiłował go przecież odwieść. Niestety, w tym przypadku nieskutecznie.
- Ach tak. – skomentował słowa Lorien. Potwierdzenie, które padło ze strony Stanleya. Ograniczył się do tych słów. Nie miał niczego więcej do przekazania? Możliwe. Albo też zwyczajnie nie był człowiekiem rozmownym. Zwłaszcza w tych momentach, kiedy obok było zbyt wiele osób. Osób, które niekoniecznie powinny usłyszeć to, co chciałby teraz powiedzieć; co zdawało się spływać właśnie na język.
Zachowanie Sophie pozwoliło mu porzucić ten temat w sposób bardziej naturalny. Bez zwracania na to większej uwagi. Wszak do lektury Proroka wrócił dopiero po tym, jak córkę upomniał. Albo może bardziej – do prób skupienia się na Proroku. Krążące po głowie myśli nadal niczego nie ułatwiały. Ile mieli czasu, zanim Lorien będzie musiała wrócić do normalnego życia? Wyjść z kamienicy. Pojawić się we własnym miejscu pracy?
Zajęty tym, nawet nie zwrócił uwagi na próbę nawiązania rozmowy z pasierbicą, jakiej podjęła się Lorien. Nie zarejestrował też od razu wymiany zdań, która padła pomiędzy Charlesem a Stanleyem. Nieco się od wszystkiego odciął. Odpłynął. W taki sposób, w jaki tylko on, Robert, potrafił. W jaki robił to, kiedy niekoniecznie miał ochotę na rozmowy. Na towarzystwo innych ludzi.
O ile nie zarejestrował tego, co konkretnie miało miejsce, zamieszanie jakie w tego efekcie powstało przy stole – Sophie wszak wstała – zdołało już zwrócić jego uwagę. Z głośnym westchnięciem odłożył gazetę, składając ją na pół. Wyglądało to tak, jakby zirytowany był tym, że swoim zachowaniem pozostali uniemożliwiali mu zapoznanie się z kolejnymi artykułami. Prawda była jednak taka, że nie zdołał przeczytać w całości nawet jednego tekstu.
Tym co go faktycznie w tym momencie irytowało, były trudności, które miał w kontekście pozbycia się z głowy niechcianych myśli oraz obaw. Winę za to oczywiście – jakżeby inaczej – przerzucał na osoby trzecie. Przede wszystkim te najmłodsze, które wprowadzały zbyt dużo zamieszania samą swoją obecnością.
- Zaczynam chyba rozumieć ojca i jego podejście do wspólnych posiłków. – pozwolił sobie na komentarz, który zrozumiały musiał być najpewniej jedynie dla Richarda. Choć może i dzieciaki mogły coś pamiętać z czasów, kiedy były młodsze. Kiedy pierwsze skrzypce w tym domu odgrywał ich dziadek. Francis Mulciber. Wspólne posiłki wyglądały wówczas inaczej. Osobno spożywali je dorośli, osobno dzieci, dla których skrzaty przygotowywały mniejszy stolik. Dopiero z biegiem czasu możliwe było dołączenie do stolika dla dorosłych. – Po śniadaniu pójdziesz ze mną do gabinetu? Będziemy musieli omówić kilka kwestii, Rick. – odezwał się od brata, sięgając jednocześnie po wcześniej umieszczone na własnym talerzu kiełbaski. A także po chleb. Od czegoś należało zacząć. I niestety, nie mógł to być tak przez niego do niedawna jeszcze lubiany ser. Organizm zaczął na niego źle reagować, zmuszając do zmiany nawyków żywieniowych. – I ustalić wreszcie termin naszego krótkiego wyjazdu do Norwegii. – o tym ostatnim, co niektórzy w kamienicy mogli jeszcze nie wiedzieć. Robert nie zwykł dzielić się swoimi planami. Zarazem jednak nie zamierzał ich ukrywać, kiedy nie uważał tego za konieczne. Tutaj zaś nic nie wskazywało na to, iż powinni byli zachować to dla siebie. Do pewnego momentu mogli rozmawiać otwarcie.
tura do 24.05