— Przyprowadziłem? Zaprosiłem go, żeby się asymilował z kimś bliżej swojego wieku, bo nie zamierzałem go traktować tylko jako... — Usłyszał kroki na korytarzu i umilkł. Kontekst był wystarczająco jasny. Widocznie Morpheus rozgniewał się na to, jak ujął to Erik, jakby nagle starszy Longbottom obiecywał tamtemu domek z białym ogródkiem, czerwonego pick-upa i trójkę adoptowanych dzieci. Niewymowny nie wierzył, że kiedykolwiek będzie istniał świat, w którym tacy jak on czy Erik mogliby żyć jawnie i w szczęściu. Nie chciał o tym myśleć, szukać prawdy tej tezy, bo wtedy za bardzo myślał o przeszłości, o nadgiętym asie kielichów jego ulubionej talii. Było zbyt wiele rzeczy, które oddałby, aby teraz móc wracać do Praw Czasu, witać się z Vakelem w zupełnie innym nastroju i słuchać przy kominku, jak opowiada mu o swoich badaniach do następnej konferencji, jak bardzo chciał opowiadać mu sekrety Komnaty Przepowiedni, gdy już przygasną światła i świat będzie składał się tylko z ich dwojga i ich czystego domu, z miejskim szumem za oknem. Myślał, że zwymiotuje od tych myśli. Bardzo starał się wyrzucić Dolohova ze swojej głowy i serca, słuchać mądrości Brenny. Dwadzieścia lat. Kochał go dwadzieścia lat. Oto, o co modlił się do gwiazd: o łagodniejszy początek i milszy koniec.
Syknął, gdy poczuł na ramieniu ból. Będzie miał siniaki, ale jemu to nie szkodziło, wręcz przeciwnie. Trochę bólu pozwalało pamiętać, że się żyje. Po to tutaj był, dla bólu.
Znów wymieniali ciosy, iskry ścierającego się metalu ślicznie błyszczały między nimi, muzyka metalu uprzyjemniała czas, nawet nie było prawie widać zaciśniętej szczęki Morpheusa, który nacierał z prawie całą swoją siłą, nie odstępując kroku od bardziej wysportowanego bratanka.
— Sprawa byłaby prosta, gdyby grał w takie pierdoły. Nie robi tego. Nie zdaje się nawet na los. Oba, Eriku. Jestem sfrustrowany. Domyślam się, że ty nie masz takich problemów. — Chciał, aby Erik był szczęśliwy, a jednocześnie obawiał się, co się stanie z Antoniuszem, gdy jego romantyczne serce zostanie złamane po raz wtóry. Jako Anam Cara, połowy duszy, stali na przeciwległych krańcach, Morpheus chodził do łóżka z kimkolwiek, Antoniusz natomiast... Zdecydowanie nie.
Zaatakował mocniej, na wprost, w rozbudowaną klatkę piersiową bratanka, prosto w serce.
Akcja nieudana