21.05.2024, 21:14 ✶
A ona nie mogła powstrzymać wywrócenia oczami, pogodnego — bo u Pandory ciężko było znaleźć negatywne emocje, zwłaszcza z wydźwiękiem skierowanym w stronę rodziny lub najbliższych. No i nie było łatwo jej przestraszyć, więc mógł to nazwać sukcesem! Na wykonany przez niego gest, kiwnęła z uśmiechem głową, usatysfakcjonowana.
- Doskonale. - uśmiechnęła się, a polikach pojawiły się dołeczki. Brunetka odetchnęła głębiej, ruchem głowy pozbywając się z okolic ust kosmyków włosów, które usilnie próbowały się do nich przykleić, jak zwykle zresztą, gdy nakładała te nieszczęsne szminki od matki.
- Laurent byłby doskonałą Panną młodą, ma więcej wdzięku, niż ja. Ameryka? Wolałabym chyba Skandynawię, ku niezadowoleniu dziadka. On najchętniej widziałby mnie lub Lauriego na stałe w Turcji. - wzruszyła ramionami na wzmiankę o ojcu swojej matki, który wraz z małżonką, miał pokaźną rezydencję na wybrzeżu. Owszem, było tam pięknie i klimatycznie, mnóstwo miejsc dookoła zachęcało do odwiedzenia, ale na dłuższą metę, te upały były po prostu nieznośne. I dom był pełen kuzynostwa, nie było chwili spokoju! - Doceniam jednak Twoje zaangażowanie i ewentualną pomoc, Mój Drogi. - dodała miękko, całkiem szczerze, ściskając go mocniej. Zawsze była wylewna, to też musnęła również polik mężczyzny na przywitanie. Prychnęła zaraz na jego stwierdzenie, kolejny raz wywracając oczami, w sposób zatrważająco przypominający Ayday. - Bo ja cierpię jak dama, wewnętrznie.
Nie mogła powstrzymać się przed tym nieco buntowniczym stwierdzeniem, puszczając mu jednak zaraz oczko i nie mogąc na długo utrzymać powagi na twarzy. Przecież Panda ciągle się uśmiechała. - Nie miałabym nic przeciwko zatańczeniu z Tobą, ale nie będę nalegać, skoro nie lubisz.
Był dobrym partnerem do tańca w jej mniemaniu i to nie podlegało żadnej dyskusji. Mieli jednak ważniejsze rzeczy na wieczór, to nie podlegało wątpliwości, skoro obydwoje ostatecznie uciekli z pięknego i luksusowego bankietu do stajni, gdzie dodatkowo Pandora trzymała szpilki w dłoniach, błądząc nogami po chłodnym bruku z walającym się na nim sianem.
- Oh, komentował brak Twoich odwiedzin, to prawda. Skarżył się Marze. - przyznała z westchnieniem zrozumienia, chociaż w jej głosie kryła się rozbawiona nuta. Abraksany były niezwykle charakterna, pyskate. Gdy się obrażały, to gorzej niż zbuntowany nastolatek. Miał szczęście, że jej rodzice nie słyszeli tego komentarza, bo daj Merlinie, opluliby się winem, za to ich pierworodna nie miała zupełnie skrupułów przed parsknięciem śmiechem, który rozniósł się echem po stajni. - Dlatego tak Cię lubię, naprawdę. Uwielbiam. - wyznała, przecierając palcami kącik oczu, wciąż chichocząc. Gdy wspomniał o jabłku, to od razu wygrzebała dwa, wiedząc, że jedno to będzie zbyt mało. - Obawiam się, że czeka Cię pogadanka i jeszcze szczotkowanie, żeby Ci wybaczył. Może przeczyszczenie kopyt lub przejażdżką pod osłoną nocy? - rzuciła w zamyśleniu z delikatnym mruknięciem, ściszając odrobinę głos. Wiedziała, że te konie słyszą wszystko, a zwłaszcza to, czego słyszeć wcale nie powinny. Pandora wsunęła mu dłoń pod ramię i ruszyła w głąb budynku. - Przenieśli ich do nowego skrzydła, te będą teraz odnawiać. - wyjaśniła, gdy mijali w większości puste boksy, a wcześniej były w nich wcześniej ich konie. Nie omieszkała wyrzucić też gdzieś po drodze butów.
- Doskonale. - uśmiechnęła się, a polikach pojawiły się dołeczki. Brunetka odetchnęła głębiej, ruchem głowy pozbywając się z okolic ust kosmyków włosów, które usilnie próbowały się do nich przykleić, jak zwykle zresztą, gdy nakładała te nieszczęsne szminki od matki.
- Laurent byłby doskonałą Panną młodą, ma więcej wdzięku, niż ja. Ameryka? Wolałabym chyba Skandynawię, ku niezadowoleniu dziadka. On najchętniej widziałby mnie lub Lauriego na stałe w Turcji. - wzruszyła ramionami na wzmiankę o ojcu swojej matki, który wraz z małżonką, miał pokaźną rezydencję na wybrzeżu. Owszem, było tam pięknie i klimatycznie, mnóstwo miejsc dookoła zachęcało do odwiedzenia, ale na dłuższą metę, te upały były po prostu nieznośne. I dom był pełen kuzynostwa, nie było chwili spokoju! - Doceniam jednak Twoje zaangażowanie i ewentualną pomoc, Mój Drogi. - dodała miękko, całkiem szczerze, ściskając go mocniej. Zawsze była wylewna, to też musnęła również polik mężczyzny na przywitanie. Prychnęła zaraz na jego stwierdzenie, kolejny raz wywracając oczami, w sposób zatrważająco przypominający Ayday. - Bo ja cierpię jak dama, wewnętrznie.
Nie mogła powstrzymać się przed tym nieco buntowniczym stwierdzeniem, puszczając mu jednak zaraz oczko i nie mogąc na długo utrzymać powagi na twarzy. Przecież Panda ciągle się uśmiechała. - Nie miałabym nic przeciwko zatańczeniu z Tobą, ale nie będę nalegać, skoro nie lubisz.
Był dobrym partnerem do tańca w jej mniemaniu i to nie podlegało żadnej dyskusji. Mieli jednak ważniejsze rzeczy na wieczór, to nie podlegało wątpliwości, skoro obydwoje ostatecznie uciekli z pięknego i luksusowego bankietu do stajni, gdzie dodatkowo Pandora trzymała szpilki w dłoniach, błądząc nogami po chłodnym bruku z walającym się na nim sianem.
- Oh, komentował brak Twoich odwiedzin, to prawda. Skarżył się Marze. - przyznała z westchnieniem zrozumienia, chociaż w jej głosie kryła się rozbawiona nuta. Abraksany były niezwykle charakterna, pyskate. Gdy się obrażały, to gorzej niż zbuntowany nastolatek. Miał szczęście, że jej rodzice nie słyszeli tego komentarza, bo daj Merlinie, opluliby się winem, za to ich pierworodna nie miała zupełnie skrupułów przed parsknięciem śmiechem, który rozniósł się echem po stajni. - Dlatego tak Cię lubię, naprawdę. Uwielbiam. - wyznała, przecierając palcami kącik oczu, wciąż chichocząc. Gdy wspomniał o jabłku, to od razu wygrzebała dwa, wiedząc, że jedno to będzie zbyt mało. - Obawiam się, że czeka Cię pogadanka i jeszcze szczotkowanie, żeby Ci wybaczył. Może przeczyszczenie kopyt lub przejażdżką pod osłoną nocy? - rzuciła w zamyśleniu z delikatnym mruknięciem, ściszając odrobinę głos. Wiedziała, że te konie słyszą wszystko, a zwłaszcza to, czego słyszeć wcale nie powinny. Pandora wsunęła mu dłoń pod ramię i ruszyła w głąb budynku. - Przenieśli ich do nowego skrzydła, te będą teraz odnawiać. - wyjaśniła, gdy mijali w większości puste boksy, a wcześniej były w nich wcześniej ich konie. Nie omieszkała wyrzucić też gdzieś po drodze butów.