Jakąkolwiek decyzję by nie podjęła – przynajmniej będzie to w pełni jej własna. Notowała swoje myśli, obrazy, które widziała, opatrując wszystko uwagami i przypomnieniami, że to wszystko prawda, z wiadomościami do samej siebie, na wypadek, gdyby te wspomnienia babki ją opuściły, a ona miała wszystko zapomnieć. Kamień filozoficzny… Największa tajemnica alchemii – substancja potrafiąca tworzyć złoto, oraz przedłużyć czyjeś życie. A wedle słów babki – potrafił sprawić, że wampir nie czuł głodu. A idąc tym tropem dalej i wyciągając wnioski z innych słów babci, potrafił przywrócić wampirowi jego utracone życie. Czy było to tego warte? Wszystko to była kwestia studiowania tej tajemnicy świata. Cel uświęcał środki. Obecnie jednak Victoria zastanawiała się, czy kamień wykonany przez babkę (albo jeden z kamieni, bo miała podstawy twierdzić, że było ich więcej), może się gdzieś zachował? Może miał go ktoś z rodziny? Może być w skarbcu? Może ktokolwiek go miał, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, czym dysponował? Zamierzała to sprawdzić. Ale póki co jej droga szła gdzieś indziej: tam, gdzie mogła pomóc na własnych warunkach i wedle własnych umiejętności, wykorzystując siłę jej pomysłów i błyskotliwości. Czekała na dobry moment, by oznajmić Saurielowi, że dostąpi zaszczytu bycia królikiem doświadczalnym, ale w bardzo kontrolowanych warunkach – lecz to nie miało nastąpić dzisiaj. Może jutro… Może pojutrze. Ale nie dzisiaj i nie teraz, gdy emocje były w zupełnie innym miejscu.
Przez długi czas wstydziła się swoich cieni pod oczami, tego, że wiecznie wyglądała na niewyspaną (bo tak było, nie mogła spać), to i ukrywała te cienie pod różnymi specyfikami, co wymuszało pomalowanie się mocniej tu i ówdzie. Ale ostatnio już to olała, nie miała siły się tym tak przejmować, poddała się też z eliksirami nasennymi – to znaczy, że częściej po nie sięgała, zamiast męczyć się i próbować zasnąć bez tego. Jedynie czasem gdy gdzieś wychodziła, to przydymiała spojrzenie czarną kredką, czasem pociągnęła szminką usta i tyle. Ale też po domu nie chodziła umalowana, dlatego Sauriel mógł ją taką naturalną podziwiać znacznie częściej, gdy się teraz widywali.
– Naprawdę? Dziękuję – brzmiała na szczerze zdumioną z opinii Sauriela, ale też dało się słyszeć pewnego rodzaju ulgę pobrzmiewającą w jej głosie. Jakby się cieszyła, że tak uważał – bo rzeczywiście się cieszyła. Nawet się lekko uśmiechnęła i poczuła, że coś zatrzepotało w jej brzuchu. Ale to chyba działało w dwie strony… Bo Victoria też wolała Sauriela w tym wydaniu, w którym on czuł się swobodniej, bo naturalniej – z pierścionkami, kolczykami w uchu, w skórze… Ale teraz, gdy tak często chodził w koszulach (które swoją drogą bardzo pasowały to tej biżuterii, która nosił) – też podobał jej się bardzo. To była naturalna ewolucja.
– Och, to też – zniewalający uśmiech… Uśmiech Sauriela był jedyny w swoim rodzaju, bo kiedy się uśmiechał szeroko, to pokazywał swoje kły. W tym też było coś tajemniczego, pociągającego, wcale nie upiornego. Ale widocznie miała coś poprzestawiane w głowie, że jej to ani trochę nie przeszkadzało. Czy raczej – nie miało to dla niej znaczenia. Widziała Sauriela jako osobę, jego wampiryzm nie był częścią jego charakteru, a cechą, w jej głowie jawiącą się jak kolor oczu czy włosów. – Albo ustanowić w jakiejś gazecie rubrykę pod tytułem Kot Dnia. Jestem pewna, że zebrałbyś sporo fanów – dużo czarodziejów lubiło koty, równie wielu miało na ich punkcie bzika… jak ta dwójka. Luna, wytarmoszona przez Sauriela na ten przykład wyglądała na bardzo zadowoloną ze swojego małego, kociego życia i odstawiona na ziemię mruczała, a teraz nawet zainteresowała się sznurówką saurielowych butów, atakując je, jakby były do upolowania. – No pewnie, że chcę – naprawdę pytał? To wydawało się takie oczywiste. Chyba, ze to była kolejna rzecz, dla której potrzebował zachęty i zaproszenia.
Victoria zaprowadziła ich do Salonu, licząc na to, że Sauriel zabierze ze sobą Lunę, gdzie nalała im whisky i wyczarowała lód w kostkach, po czym z westchnięciem walnęła się na kanapę.
– To była jedna z dziwniejszych przygód mojego życia, a przecież miesiąc temu uciekałam przed smoczycą – a jeszcze wcześniej wlazła do Limbo. Tam też chcieli ją zatrzymać, zupełnie jak w tym cholernym zamku. – I nie wymazałabym ani minuty z tej wycieczki – dodała ciszej, prawie szeptem, przymknąwszy oczy.