22.05.2024, 00:19 ✶
- Jeszcze wspomnisz moje słowa. Tylko czekać, aż zacznie się buntować albo wpadnie w złe towarzystwo.
Dzisiejsza młodzież była kompletnie nieprzewidywalna pod tym względem, a Lorien w przeciwieństwie do swojego męża była kiedyś nastoletnią panienką z bardzo dobrego rodu. Przeżyła swój etap bardzo głupich decyzji i pomysłów. Uszanowała jednak decyzję Roberta, nawet jeśli uważała, że teraz była najlepsza i jedyna okazja, żeby się na jedynej córce Mulcibera skupić. Szansa, że doczekałby się z prawego łoża kolejnej była praktycznie zerowa. Przynajmniej przez następnych parę lat.
Zmiana tematu była na tyle płynna, żeby Lorien postanowiła nie drążyć dalej tematu pasierbicy.
- Musi być tu niezwykle, gdy wszystko kwitnie. - Odparła po prostu. Nie mogła dłużej unikać warunków, które sama postawiła. Nawet jeśli z każdą sekundą rosła w niej nienawiść do tego miejsca. Jakim prawem wszystko kwitło i mieniło się kolorami, gdy jej ból był tak przytłaczający? Czas się nie zatrzymał, choć powinien. Życie toczyło się swoim własnym torem, gdzieś tam, poza zasięgiem czarownicy.
Przymknęła na dłuższą chwilę powieki. Jakby chciała złapać ostatnie ciepłe promienie na policzkach. Próbowała. Naprawdę się starała ze wszystkich sił docenić cały ten spacer, może nawet i Robertowe starania. Ale pewnych rzeczy nie dało się ot tak naprawić.
Przez ostatnie dni prowadziła tą rozmowę wielokrotnie w zaciszu własnego umysłu. Dobierała odpowiednie słowa, przeprosiny zamieniały się w oskarżenia, a te w prośby. Raz błagała go by mimo wszystko został, raz stawiała go przed faktem dokonanym jakim był kompletny koniec ich małżeństwa. Żaden ze scenariuszy nie brzmiał dobrze, gdy się go wygłaszało przed samym sobą niczym mowę końcową. Była swoim własnym oskarżycielem, sędzią i adwokatem w bardzo niesprawiedliwym procesie.
- Powiedziałam, że cię przeproszę, bo masz do tych przeprosin prawo. Zawiodłam jako żona.- Co ciekawe samo słowo „przepraszam” nie padło z ust czarownicy. Ryzyko zawsze istniało – klątwa krwi bywała zbyt nieprzewidywalna, by móc cokolwiek zakładać i planować. Nie było to tajemnicą dla Roberta, który i tak postanowił się oświadczyć. Nie było też dla Lorien, która postanowiła je przyjąć.- Zależy mi na Tobie i na życiu, które mieliśmy w Londynie. Ale wiem, że nie mogę tego samego wymagać od Ciebie.- Westchnęła przeciągle, dopiero teraz zadzierając głowę, żeby uważniej spojrzeć na męża. Jej twarz nie wyrażała żadnych głębszych emocji poza kompletnym zmęczeniem. Nawet oddychanie zdawało się ją męczyć.- Klątwa mnie zabije. Może za rok, może za pięć. Ale to zrobi.- Powiedzenie tego na głos było proste. Może nawet zbyt proste. Och jak łatwo było jej zrzucać swój aktualny stan na chorobę. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości, że ostatnie dwa miesiące horroru przez który przechodziła były spowodowane niekontrolowaną przemianą – a ta jak reakcja łańcuchowa spowodowała całą resztę – od utraty dziecka aż po dziwaczne dziury w pamięci.
- Pytanie co będzie z nami w między czasie? I czy na pewno jesteś gotowy przy mnie wtedy być. Aż do końca.
„Póki śmierć nas nie rozłączy” było zabawną przysięgą, gdy składało się ją na krócej niż trwała ważność odpisu notarialnego samego aktu ślubu.
Czasami łatwo było zapomnieć, że Lorien pomimo swoich wszelkich przywar, uporu i temperamentu niemal w pełni odziedziczonego po nienormalnej matce, była dorosłą kobietą, która spędziła całe życie na podejmowaniu trudnych decyzji i dla której świat momentami był zero-jedynkowy. Zwłaszcza teraz, gdy pozwalała emocjom przejąć całkowitą kontrolę.
Dla żadnego z nich małżeństwo nie było celem samym w sobie – to było myślenie godne zakochanych i naiwnych nastolatków. Dlatego właśnie nie potrafiła się cieszyć pięknem wieczoru w towarzystwie mężczyzny, którego poślubiła. Straciła grunt pod nogami i pewność, że na sam koniec nie zostanie kompletnie sama.
Dzisiejsza młodzież była kompletnie nieprzewidywalna pod tym względem, a Lorien w przeciwieństwie do swojego męża była kiedyś nastoletnią panienką z bardzo dobrego rodu. Przeżyła swój etap bardzo głupich decyzji i pomysłów. Uszanowała jednak decyzję Roberta, nawet jeśli uważała, że teraz była najlepsza i jedyna okazja, żeby się na jedynej córce Mulcibera skupić. Szansa, że doczekałby się z prawego łoża kolejnej była praktycznie zerowa. Przynajmniej przez następnych parę lat.
Zmiana tematu była na tyle płynna, żeby Lorien postanowiła nie drążyć dalej tematu pasierbicy.
- Musi być tu niezwykle, gdy wszystko kwitnie. - Odparła po prostu. Nie mogła dłużej unikać warunków, które sama postawiła. Nawet jeśli z każdą sekundą rosła w niej nienawiść do tego miejsca. Jakim prawem wszystko kwitło i mieniło się kolorami, gdy jej ból był tak przytłaczający? Czas się nie zatrzymał, choć powinien. Życie toczyło się swoim własnym torem, gdzieś tam, poza zasięgiem czarownicy.
Przymknęła na dłuższą chwilę powieki. Jakby chciała złapać ostatnie ciepłe promienie na policzkach. Próbowała. Naprawdę się starała ze wszystkich sił docenić cały ten spacer, może nawet i Robertowe starania. Ale pewnych rzeczy nie dało się ot tak naprawić.
Przez ostatnie dni prowadziła tą rozmowę wielokrotnie w zaciszu własnego umysłu. Dobierała odpowiednie słowa, przeprosiny zamieniały się w oskarżenia, a te w prośby. Raz błagała go by mimo wszystko został, raz stawiała go przed faktem dokonanym jakim był kompletny koniec ich małżeństwa. Żaden ze scenariuszy nie brzmiał dobrze, gdy się go wygłaszało przed samym sobą niczym mowę końcową. Była swoim własnym oskarżycielem, sędzią i adwokatem w bardzo niesprawiedliwym procesie.
- Powiedziałam, że cię przeproszę, bo masz do tych przeprosin prawo. Zawiodłam jako żona.- Co ciekawe samo słowo „przepraszam” nie padło z ust czarownicy. Ryzyko zawsze istniało – klątwa krwi bywała zbyt nieprzewidywalna, by móc cokolwiek zakładać i planować. Nie było to tajemnicą dla Roberta, który i tak postanowił się oświadczyć. Nie było też dla Lorien, która postanowiła je przyjąć.- Zależy mi na Tobie i na życiu, które mieliśmy w Londynie. Ale wiem, że nie mogę tego samego wymagać od Ciebie.- Westchnęła przeciągle, dopiero teraz zadzierając głowę, żeby uważniej spojrzeć na męża. Jej twarz nie wyrażała żadnych głębszych emocji poza kompletnym zmęczeniem. Nawet oddychanie zdawało się ją męczyć.- Klątwa mnie zabije. Może za rok, może za pięć. Ale to zrobi.- Powiedzenie tego na głos było proste. Może nawet zbyt proste. Och jak łatwo było jej zrzucać swój aktualny stan na chorobę. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości, że ostatnie dwa miesiące horroru przez który przechodziła były spowodowane niekontrolowaną przemianą – a ta jak reakcja łańcuchowa spowodowała całą resztę – od utraty dziecka aż po dziwaczne dziury w pamięci.
- Pytanie co będzie z nami w między czasie? I czy na pewno jesteś gotowy przy mnie wtedy być. Aż do końca.
„Póki śmierć nas nie rozłączy” było zabawną przysięgą, gdy składało się ją na krócej niż trwała ważność odpisu notarialnego samego aktu ślubu.
Czasami łatwo było zapomnieć, że Lorien pomimo swoich wszelkich przywar, uporu i temperamentu niemal w pełni odziedziczonego po nienormalnej matce, była dorosłą kobietą, która spędziła całe życie na podejmowaniu trudnych decyzji i dla której świat momentami był zero-jedynkowy. Zwłaszcza teraz, gdy pozwalała emocjom przejąć całkowitą kontrolę.
Dla żadnego z nich małżeństwo nie było celem samym w sobie – to było myślenie godne zakochanych i naiwnych nastolatków. Dlatego właśnie nie potrafiła się cieszyć pięknem wieczoru w towarzystwie mężczyzny, którego poślubiła. Straciła grunt pod nogami i pewność, że na sam koniec nie zostanie kompletnie sama.