22.05.2024, 22:09 ✶
Ślizgoni, wbrew obiegowej o sobie opinii, również byli ambitni. To właśnie ambicja kazała im przeć do przodu, nierzadko bez oglądania się za siebie, nierzadko przy sięgnięciu po środki, które... Cóż, zostałyby uznane jako niegodne. Ale to się wkrótce miało zmienić, bo przecież świat zmierzał ku lepszemu. A oni, w tej chwili we trójkę, wraz z Robertem, mieli sprawić, że nic po drodze nie zboczy z obranej i wytyczonej przez Mistrza drogi. Właśnie w ten sposób widział to Rodolphus. Być może osoby, podążające ścieżką Roweny Ravenclaw, nie doceniłyby sposobów, których używali ci związani z Salazarem Slytherinem, ale przecież liczył się cel. To, co do niego prowadziło, było ułudą, zaledwie maleńkimi pajęczynkami, które trzeba było pod koniec wymieść z kątów i spalić razem z resztą.
Podejrzliwość... Gdy Cynthia powiedziała, że propozycja jest aż nazbyt dobra, na twarzy Lestrange'a pojawił się uśmiech. Rzadko kiedy sobie na niego pozwalał, ale prawda była taka, że ją testował. I najprawdopodobniej test zdała śpiewająco, bo przecież kusił i mamił, jak biblijny wąż Ewę, by zerwała grzeszne jabłko. Cynthia wydawała się bystrą osobą, skoro zakomunikowała, że to wszystko brzmi jak bajka. Być może właśnie dlatego się uśmiechnął, pozwalając sobie na te dwie sekundy rozluźnienia.
- Oczywiście. Dla dobra sprawy oraz pani reputacji mogę obiecać, że dołożę wszelkich starań, by to, co ma pozostać ukryte, nigdy nie ujrzało światła dziennego - powiedział po chwili, ostrożnie dobierając słowa. Ściśle tajne badania musiały się wiązać z ryzykiem, lecz poniekąd Cynthia nie musiała wiedzieć absolutnie wszystkiego. Wystarczyło tylko, żeby dostarczyła im wyników, które oni dopasują tak, jak chcieli. W imię nauki, oczywiście, nie zakłamanej ministerskiej propagandy, którą uskuteczniano. Im mniej Flint wiedziała, tym wszyscy byli bardziej bezpieczni. - Nie, nie musisz nic zabierać. Wszystko jest przygotowane na twoje przybycie, Cynthio.
Zakończył, wypowiadając jej imię niemal z pieszczotą. Przejście na ty, pytanie o to, czy powinna coś zabrać - to były dla niego wystarczające słowa, by uznać, że kobieta się zgodziła. Nie będzie mogła się wycofać, jeśli już dowie się, o co chodzi. Ale wierzył również, że nie będzie chciała tego zrobić - głównie dlatego, że przecież nic co tu powiedział, nie było kłamstwem. Obiecywał wiele, co wiązało się z ryzykiem, ale obiecał ją chronić, prawda? Jeżeli się uda, to wszyscy będą pławić się w blasku sławy, ale przede wszystkim będą mieli dostęp w przyszłości do wiedzy, która obecnie była zakazana. I o to również mu chodziło: by sięgać po to, co było ukryte, stopniowo i ostrożnie odkrywać wszystko kawałek po kawałku.
- Prześlę sowę. Odprowadzę cię do biura - powiedział, lekko odsuwając od siebie filiżankę. Nie planował kończyć herbaty, ale jeżeli Cynthia chciała - dał jej wolną rękę. Gdy się zebrali, wrócili do Ministerstwa. Na swoich piętrach się rozstali, niemalże w milczeniu, by uniknąć idiotycznych pytań, które żadnemu z nich nie były na rękę. I - można tak powiedzieć - wrócili do swoich spraw, oczekując na wieczór 1 lipca.
Podejrzliwość... Gdy Cynthia powiedziała, że propozycja jest aż nazbyt dobra, na twarzy Lestrange'a pojawił się uśmiech. Rzadko kiedy sobie na niego pozwalał, ale prawda była taka, że ją testował. I najprawdopodobniej test zdała śpiewająco, bo przecież kusił i mamił, jak biblijny wąż Ewę, by zerwała grzeszne jabłko. Cynthia wydawała się bystrą osobą, skoro zakomunikowała, że to wszystko brzmi jak bajka. Być może właśnie dlatego się uśmiechnął, pozwalając sobie na te dwie sekundy rozluźnienia.
- Oczywiście. Dla dobra sprawy oraz pani reputacji mogę obiecać, że dołożę wszelkich starań, by to, co ma pozostać ukryte, nigdy nie ujrzało światła dziennego - powiedział po chwili, ostrożnie dobierając słowa. Ściśle tajne badania musiały się wiązać z ryzykiem, lecz poniekąd Cynthia nie musiała wiedzieć absolutnie wszystkiego. Wystarczyło tylko, żeby dostarczyła im wyników, które oni dopasują tak, jak chcieli. W imię nauki, oczywiście, nie zakłamanej ministerskiej propagandy, którą uskuteczniano. Im mniej Flint wiedziała, tym wszyscy byli bardziej bezpieczni. - Nie, nie musisz nic zabierać. Wszystko jest przygotowane na twoje przybycie, Cynthio.
Zakończył, wypowiadając jej imię niemal z pieszczotą. Przejście na ty, pytanie o to, czy powinna coś zabrać - to były dla niego wystarczające słowa, by uznać, że kobieta się zgodziła. Nie będzie mogła się wycofać, jeśli już dowie się, o co chodzi. Ale wierzył również, że nie będzie chciała tego zrobić - głównie dlatego, że przecież nic co tu powiedział, nie było kłamstwem. Obiecywał wiele, co wiązało się z ryzykiem, ale obiecał ją chronić, prawda? Jeżeli się uda, to wszyscy będą pławić się w blasku sławy, ale przede wszystkim będą mieli dostęp w przyszłości do wiedzy, która obecnie była zakazana. I o to również mu chodziło: by sięgać po to, co było ukryte, stopniowo i ostrożnie odkrywać wszystko kawałek po kawałku.
- Prześlę sowę. Odprowadzę cię do biura - powiedział, lekko odsuwając od siebie filiżankę. Nie planował kończyć herbaty, ale jeżeli Cynthia chciała - dał jej wolną rękę. Gdy się zebrali, wrócili do Ministerstwa. Na swoich piętrach się rozstali, niemalże w milczeniu, by uniknąć idiotycznych pytań, które żadnemu z nich nie były na rękę. I - można tak powiedzieć - wrócili do swoich spraw, oczekując na wieczór 1 lipca.
Koniec sesji