23.05.2024, 19:27 ✶
Cathal wiele zawdzięczał swojemu nazwisku oraz krewnym i na pewno by się tego nie wypierał. To dzięki Shafiqom dostał pierwszą pracę, dzięki Shafiqom znalazł się w Irlandii i dzięki Shafiqom wreszcie jego kariera nie ucierpiała mocno po wypadku, do jakiego doszło w kurhanach. Ich krew niosła też ze sobą specjalną magię, pozwalającą na porozumiewanie się we wszystkich językach, a to ułatwiało i podróże, i prace badawcze, i zdobywanie wiedzy teoretycznej.
Nie żyli w świecie osób równych i Cathal akceptował tę prawdę, a z przewag, jakie dawało nazwisko, chętnie korzystał. Był w pełni świadom i swego uprzywilejowania, i tego, jak jest niesprawiedliwie, korzystał jednak z niego bez najmniejszych skrupułów.
Ale prawdą i było, że nie szukał rozpaczliwie sensu życia i radości w alkoholu, zabawach, włóczęgach po spelunach, ramionach przypadkowych kobiet, kartach (choć teraz, gdy jego umysł zasnuwała mgła eliksiru, miał wielką ochotę grać i nie dbać o to, ile pieniędzy straci). Nie musiał. Jedynym, czego mu brakowało, była cisza we własnej głowie, brak złowieszczych podszeptów i obrazów, podsuwanych przez Salazara Slytherina.
– Co we mnie tajemniczego, panno Flint? – spytał, wciąż rozbawiony. – Żółty pasuje tylko Puchonom. Pozostaniemy pewnie przy bielach i szarościach.
Sztuka kompromisów była stosunkowo łatwa, gdyż nie mieszkali razem cały czas. Ulysses korzystał z tego domu przez lata, jakie Cathal spędzał za granicą, a i teraz Shafiq spędzał mnóstwo czasu albo w Walii, albo na Horyzontalnej. Do Little Hangleton wpadał regularnie, ale rzadko na długo, wiecznie gdzieś gnając – wracał do tej miejscowości trochę prowadzony szeptami w głowie, trochę tym niewygodnym przywiązaniem do dziedzictwa Gauntów, którego przecież zarazem nienawidził, trochę przez wzgląd na dawne znajomości i przyjaźń z Rookwoodem. Poza tym obaj mieli dość niskie wymagania, nieprzywiązani specjalnie do konkretnej idei danego krzesła lub kanapy, a i obaj stawiali raczej na pewien minimalizm.
Czy Cynthia Flint interesowałaby go, gdyby odrzuciła swoje maski? Tak naprawdę sam pewnie by nie wiedział. Przyciągnęła go chęć sprawdzenia, co jest prawdą, a co tylko grą, ale to nie tak, że dziewczyna tkwiąca w książkach byłaby dla niego nudna. Shafiqa nudziło raczej to, co innych mężczyzn przyciągało – te wszystkie frywolne, pewne siebie uwodzicielki, te panny, które lubiły okręcać sobie mężczyzn wokół palca, czy to z płochości, czy dla własnych interesów. Nudziły go błyskawicznie, o ile w ogóle dostrzegł ich istnienie. Cynthia przyciągnęła jego spojrzenie jako aktorka, niby do nich podobna, ale tylko dlatego, że dostrzegł pewien kontrast w jej zachowaniu.
To nie maska była tu interesująca.
Ale czy to zainteresowanie mogło się utrzymać?
Na pewno trwało na razie, a Shafiq nie nawykł do zastanawiania się, co będzie potem. Zresztą – przyjmował, że z dużym prawdopodobieństwem ona znajomość z nim traktuje raczej jak przygodę niż cokolwiek innego. Syn czarnoksiężnika nie był przecież dobrą partią.
– Nie wierzę w coś takiego, jak szczęście – powiedział Cathal, wciąż lekko pochylony, gdy ona wspięła się na palce, by szepnąć mu parę słów do ucha. Na moment objął ją przy tym mocniej, trudno powiedzieć, czy wiedziony przekornym charakterem, w odpowiedzi na tę małą prowokację kobiety, czy też eliksirem, który skłaniał do nie do końca przemyślanych zachowań. – Są tylko przypadek, upór, umiejętności i odwaga, by sięgnąć po to, co chce się zdobyć – uzupełnił, odsuwając się od niej i posyłając kobiecie kolejne spojrzenie jasnych oczu, w których zdawało się pobłyskiwać rozbawienie. A potem odsunął się i gdy ruszył do stolika wciąż trzymał ją wpół, puszczając dopiero, gdy krupier wskazał im krzesła. Sam znał zasady: nie grał wprawdzie często, ale z jego pamięcią ciężko byłoby ich nie znać. Zerknął przelotnie na te, które mu wydano, a potem uniósł wzrok na ręce krupiera, przesunął spojrzeniem po innych osobach zgromadzonych przy stoliku. Liczenie kart? On nawet nie musiał ich liczyć, ich widok miał utkwić w jego głowie już na stałe…
Nie żyli w świecie osób równych i Cathal akceptował tę prawdę, a z przewag, jakie dawało nazwisko, chętnie korzystał. Był w pełni świadom i swego uprzywilejowania, i tego, jak jest niesprawiedliwie, korzystał jednak z niego bez najmniejszych skrupułów.
Ale prawdą i było, że nie szukał rozpaczliwie sensu życia i radości w alkoholu, zabawach, włóczęgach po spelunach, ramionach przypadkowych kobiet, kartach (choć teraz, gdy jego umysł zasnuwała mgła eliksiru, miał wielką ochotę grać i nie dbać o to, ile pieniędzy straci). Nie musiał. Jedynym, czego mu brakowało, była cisza we własnej głowie, brak złowieszczych podszeptów i obrazów, podsuwanych przez Salazara Slytherina.
– Co we mnie tajemniczego, panno Flint? – spytał, wciąż rozbawiony. – Żółty pasuje tylko Puchonom. Pozostaniemy pewnie przy bielach i szarościach.
Sztuka kompromisów była stosunkowo łatwa, gdyż nie mieszkali razem cały czas. Ulysses korzystał z tego domu przez lata, jakie Cathal spędzał za granicą, a i teraz Shafiq spędzał mnóstwo czasu albo w Walii, albo na Horyzontalnej. Do Little Hangleton wpadał regularnie, ale rzadko na długo, wiecznie gdzieś gnając – wracał do tej miejscowości trochę prowadzony szeptami w głowie, trochę tym niewygodnym przywiązaniem do dziedzictwa Gauntów, którego przecież zarazem nienawidził, trochę przez wzgląd na dawne znajomości i przyjaźń z Rookwoodem. Poza tym obaj mieli dość niskie wymagania, nieprzywiązani specjalnie do konkretnej idei danego krzesła lub kanapy, a i obaj stawiali raczej na pewien minimalizm.
Czy Cynthia Flint interesowałaby go, gdyby odrzuciła swoje maski? Tak naprawdę sam pewnie by nie wiedział. Przyciągnęła go chęć sprawdzenia, co jest prawdą, a co tylko grą, ale to nie tak, że dziewczyna tkwiąca w książkach byłaby dla niego nudna. Shafiqa nudziło raczej to, co innych mężczyzn przyciągało – te wszystkie frywolne, pewne siebie uwodzicielki, te panny, które lubiły okręcać sobie mężczyzn wokół palca, czy to z płochości, czy dla własnych interesów. Nudziły go błyskawicznie, o ile w ogóle dostrzegł ich istnienie. Cynthia przyciągnęła jego spojrzenie jako aktorka, niby do nich podobna, ale tylko dlatego, że dostrzegł pewien kontrast w jej zachowaniu.
To nie maska była tu interesująca.
Ale czy to zainteresowanie mogło się utrzymać?
Na pewno trwało na razie, a Shafiq nie nawykł do zastanawiania się, co będzie potem. Zresztą – przyjmował, że z dużym prawdopodobieństwem ona znajomość z nim traktuje raczej jak przygodę niż cokolwiek innego. Syn czarnoksiężnika nie był przecież dobrą partią.
– Nie wierzę w coś takiego, jak szczęście – powiedział Cathal, wciąż lekko pochylony, gdy ona wspięła się na palce, by szepnąć mu parę słów do ucha. Na moment objął ją przy tym mocniej, trudno powiedzieć, czy wiedziony przekornym charakterem, w odpowiedzi na tę małą prowokację kobiety, czy też eliksirem, który skłaniał do nie do końca przemyślanych zachowań. – Są tylko przypadek, upór, umiejętności i odwaga, by sięgnąć po to, co chce się zdobyć – uzupełnił, odsuwając się od niej i posyłając kobiecie kolejne spojrzenie jasnych oczu, w których zdawało się pobłyskiwać rozbawienie. A potem odsunął się i gdy ruszył do stolika wciąż trzymał ją wpół, puszczając dopiero, gdy krupier wskazał im krzesła. Sam znał zasady: nie grał wprawdzie często, ale z jego pamięcią ciężko byłoby ich nie znać. Zerknął przelotnie na te, które mu wydano, a potem uniósł wzrok na ręce krupiera, przesunął spojrzeniem po innych osobach zgromadzonych przy stoliku. Liczenie kart? On nawet nie musiał ich liczyć, ich widok miał utkwić w jego głowie już na stałe…